⬅ Powrót

Kara śmierdzi

— W SZTABIE
—  
— Kapitan Rosberg od kilku już godzin tkwił w Niewielkiej budzie, zbitej z desek skonfiskowanych okolicznym chłopom. Buda Tego od niedawna nazywana Była nieco szumnie sztabem. Rosberg Siedział na Twardym krześle, przy odwróconej na bok starej drewnianej szafie. Służyła Mu Teraz za biurko na „biurku” Leżały dokumenty, mapy, pisma sztabowe, no i stare, niepotrzebne już rozkazy. Rozkazy, które Krok po Kroku Doprowadziły kapitana Rosberga i Jego Oddział w To bardzo złe położenie, w jakim właśnie się znaleźli.
— Rosberg Oparł Łokcie o Dłuższy bok szafy, czyli o blat “biurka”. Przez moment Przyglądał się badawczo Swoim Dłoniom. Potem rozpłaszczył Je Na Chłodnej powierzchni drewna i Poczuł że wreszcie Udaje Mu się, choć przez chwilę, niczym Nie martwić.
— Z Tego krótkotrwałego błogostanu Wyrwał Go tępy odgłos wybuchu. Walnęło gdzieś dosyć daleko, na Tyle daleko że nie warto było Zrywać się z Miejsca i padać na Podłogę, ale TEż zbyt Blisko, by potem, ot Tak Sobie, powrócić do dalszych beztroskich rozmyślań. W ciągu następnych Minut zagrzmiało jeszcze Kilka Razy. Rosberg Poczuł że klepisko, które zmuszony był nazywać podłogą, Delikatnie zadrżało Mu pod oficerkami. To nie wszystko, Zadrżała Również łyżka Stercząca od dwóch dni w pustej, zniszczonej menażce.
— “Jest źle, lub nawet bardzo źle” Pomyślał. Czuł całym sobą że spokój ducha Jaki Udało Mu się sklecić przez kilka ostatnich godzin, właśnie bezpowrotnie się rozpada. Z rumowiska Pozostało Po Tym chwilowo lepszym nastroju, wyzierało Teraz już Tylko zwykłe, prozaiczne Podenerwowanie. Znał Siebie jak mało kto, Wiedział że kiedy jest Zdenerwowany, wtedy Szybko pojawia się u Niego skłonność do podejmowania nieroztropnych, bezsensownych decyzji a przecież Teraz Tego Rosbergowi Nie Musiał nikt Tłumaczyć, jak nigdy Wcześniej w czasie TeJ wojny powinien Być Opanowany i skupiony.
— Wszędzie byli Sowieci. Sowiet na Sowiecie. Wyglądali już z każdego możliwego zakamarka i z każdej możliwej Dziury. Niedawno jeden Sowiet Usiłował wyleźć z Otworu w drewnianym wychodku. Rosberg Musiał wtedy przyzwać Jakiegoś szerawca, który Szybko zatłukł Tego Sowieta saperką. Mogło się Te wszystko Zresztą Rosbergowi po prostu wydawać, sam już Nie był pewien Czy To wydarzyło się Naprawdę. Od wielu Miesięcy Nie dosypiał.
— Póki co, Nie było Tych Sowietów Jeszcze na Tyle dużo żeby Nie móc Sobie jeszcze z Nimi jakoś na bieżąco radzić. Co z Tego ? Lęgli się jak szczury i należało się poważnie liczyć z Tym że Już Niebawem staną się Prawdziwą, niemożliwą do Powstrzymania, plagą. “No Dobrze Tylko jak Tu się przed taką Plagą Teraz bronić ?” Rzucił Rosberg w ciszę sztabu i oczywiście Nie otrzymał żadnej Odpowiedzi. Jego Oddział był niemal Całkiem rozbity, Została Mu dosłownie garstka ludzi. Nazywanie ich żołnierzami przychodziło Rosbergowi z coraz Większym trudem. Trochę broni, jeden Jagdpanzer, Jedna Ciężarówka, stary służbowy Mercedes, kilka panzerfaustów i - Rosberg doskonale dostrzegał komizm Tego faktu - kilkanaście saperek. Te wszystko na domiar złego Jakby nieszczęść było mało, Ciągnęło Za Nimi kilku SS-manów z batalionu rozbitego Przez Jakąś zabłąkaną Polską bandę. To prawda, przyłączyli się za Jego Własną zgodą, lecz przy Jego Jednoczesnej niechęci, bo Rosberg wyjątkowo SS-manów Nie znosił.  
—— “To jest, więc me wojsko... ” Pomyślał z Rozpaczą. Czas Nie był Dobry na Rozpacz, ani Tym bardziej na Popadanie w niemoc. Niewątpliwie Nadszedł czas działania. Trzasnął Dłonią w bok szafy.  
— Hans !
— Drzwi błyskawicznie się Uchyliły. Ukazała się w nich rozczochrana głowa Adiutanta Rosberga, Hansa a wraz Z Nim Jego Niezbyt rozumne oczy. Rosberg Odwrócił się bokiem do szafy, rozparł się na krześle, Założył Nogę na Nogę, Wyjął papierosa z metalowej papierośnicy i Rozpoczął Jego Metodyczne uciskanie. Wyglądało To trochę tak Jakby Chciał z Tego Pomiętego Pół-peta Wymusić Jakieś Potrzebne Mu właśnie Zeznania. Całe To aktorstwo Miało jeden cel, Udowodnić zarówno Sobie samemu jak i Adiutantowi że Jeszcze nad sobą jako tako Panuje.
— Przyślij Mnie Tu Wolfa i To natychmiast wycedził przez zęby Na Tyle spokojnie na ile w TeJ chwili było Go stać.
— Tak jest ! Zakrzyknął Hans.
— Po kilku Minutach giętko wmaszerował Wolf, jeden z niezbyt Miłych Sercu Rosberga SS-manów. Tupnął Nogą, Wyprężył się i Wyrzucił przed Siebie ramię.
— Hail Hitler ! Wrzasnął piskliwie.
— Rosberg Jak gdyby niczego Nie Usłyszał, znów Zajął się Ugniataniem papierosa. Wreszcie Włożył Go do Ust, Trzasnęła Zapałka. Uważnie Obserwował przez kilka Sekund jak płomień na JeJ końcu kona
— wśród wątłego dymu.
—— Słuchajcie no, Wolf Przeciągając Teatralnie końcówki słów, Rozpoczął Swoją, dużo już Wcześniej Przygotowaną i wielokrotnie przećwiczoną, przemowę. Słuchajcie no, Wolf, pozwólcie że Pozwolę Sobie na Małą chwilę szczerości. Zacznę najpierw od wyjaśnienia Czemu To Jak pewnie Zauważyliście, siedzę do Was bokiem, Nie patrzę na Was i Tym samym okazuje wam lekceważenie. Czy Was interesuje czemu Tak jest, Wolf ? Rosberg Zapytał ponuro, wpatrując się w snujący się przed Nim Leniwie papierosowy dym.
— Tak jest kapitanie, melduję że bardzo MNie To Ciekawi, zabrzmiała Sprężysta odpowiedź.
— Otóż Mój drogi Wolf. Napawacie MNie Tak Ogromną Pogardą. Tak bardzo Nie umiem JeJ ukryć że postanowiłem w ogóle na Was Nie patrzeć. Tak jest Mi, wybaczcie otwartość, po prostu o Tyle, o ile się w ogóle da w naszej Sytuacji o Tym mówić, Wygodniej i Przyjemniej. Przerwał Na Chwilę, by stuknąć końcem rozżarzonego Papierosa o menażkę. Zawołałem Was Tutaj w konkretnym celu. Wiem skądinąd że wy, SS-mani, Jesteście w posiadaniu bardzo Dobrych Miejscowych map, których Rosberg pogardliwie wydmuchał przed Siebie kolejną chmurę dymu. Te psy ze sztabu Nie były Nam łaskawe Pokazać nawet na Sekundę. Mapy, To choć są w waszym posiadaniu, Są również w TeJ chwili Potrzebne nam. Bo Jak się chyba już zdołaliście Wolf zorientować, nasze wspólne położenie jest więcej niż marne, Zauważyliście To Wolf ?
—— Tak jest, Panie kapitanie, ale dlatego Jestem zmuszony przełamać Mą niechęć do Was i zapytać bez ogródek: co w świetle informacji Jakie zapewne poSiadaCie należałoby Teraz Nam wszystkim uczynić ? Owszem, możecie oczywiście Nie Powiedzieć Mnie nic godnego uwagi, możecie zataić Coś przede Mną. Macie do Tego absolutnie prawo. Moim kontrargumentem, radzę wam absolutnie Go Nie lekceważyć, niech będzie prośba, byście Tego Nie czynili. Jeśli Potraficie liczyć a sądzę Że Was Tego Jednak nauczono, podliczycie Sobie w duchu Jakie zaistniały Pomiędzy nami proporcje. Otóż nas, mówię Tu o Moich chłopcach i Mnie Samym, jest Dokładnie dwudziestu sześciu a dodam To ważne – że każdy z nas posiada jeszcze Przynajmniej jeden egzemplarz broni. Was Wolf, was przebrzydłych SS-mańskich świń, jest Tylko cztery. W Tym Tylko dwie z Was MaJą pistolet. W świetle Tych obliczeń Można doMniemywać że w przypadku waszej niechęci do współpracy i Muszącym się wtedy bezwzględnie pojawić Między nami konflikcie, wasza Pozycja Nie Byłaby godna Pozazdroszczenia. Biorąc już Teraz Te wszystko razem pod uwagę, Te wszystkie okoliczności, które wam Tu Przedstawiłem, Ponownie zwracam się do was, choć Przypominam że Czynię To bez najmniejszej satysfakcji, o poradę co do naszych wspólnych dalszych przedsięwzięć.
— Wolf Milczał. Rosberg Podniósł leżącą Przed Nim Tekturową, szarą Teczkę. Krótką chwilę wertował JeJ Zawartość, aż w końcu pośród Grubego Pliku papierzysk Odnalazł Gęsto zapisany list; Dostał Go Kilka dni Temu, kiedy jeszcze Docierała do Jego Oddziału Jakakolwiek poczta. Omiótł wzrokiem kilka Pierwszych linijek.
— „Mój drogi Hermann, piszę do Ciebie w Tych trudnych Dla Ciebie czasach, bo Chcę Ci Powiedzieć, Być może już ostatni raz bardzo za Tobą Tęsknię. Jesteśmy Teraz z LiZą i Ewą w Berlinie. Znakomicie się Tu bawimy a wszyscy bardzo o nas Tu dbają. Wczoraj byłyśmy na Przyjęciu u Siostry Lizy, Tańczyliśmy z JeJ kolegami do prawie dwunastej w nocy. Tylko Nie bądź Zazdrosny ! Owszem Tańczyłam z jednym bardzo przystojnym oficerem, Chciał się spotkać, ale Odmówiłam. Kocham Tylko Ciebie, ale czy My Jeszcze się kiedyś Zobaczymy ? Nie Wiem... ”
—— Kapitanie Wolf, Nieśmiało Przerwał Rosbergowi lekturę, Pozwolę Sobie zameldować. Ma Pan Rację. Jesteśmy w posiadaniu dość Dobrej mapy. Naniesiono na Niej wszystkie Tutejsze skupiska zamieszkującej Tę Ziemię hołoty, ale TEż w Miarę aktualne lokacje grup partyzanckich bandytów. Jeśli pyta Mnie Pan, co należałoby w Pierwszej kolejności Zrobić, To sugeruję abyśmy Skierowałi nasz oddział w stronę południowo-wschodnią.
— Wyjął z Przewieszonej przez ramię sztabówki porozrywaną, postrzępioną mapę. Podszedł Powoli do biurka i Rozłożył Ją Przed Rosbergiem. Ten niechętnie Zamknął Teczkę, odłożył Ją Troskliwie na bok, Przesunąwszy jeszcze po Niej czule Dłonią i Nachylił się nad rozpostartą Przed Nim mapą. Wolf chwilę krążył nad Nią wskazującym Palcem, Szukając właściwego Punktu. Wreszcie Znalazł.
—— Tutaj, Panie kapitanie stuknął w tłusty papier. Jakieś dziesięć kilometrów stąd znajduje się mała wieś. Według naszej wiedzy kryć się Tam może Niewielkie, co za Tym idzie Raczej niegroźne skupisko polskich partyzantów; jeśli tak To z pewnością jest tam TEż żywność A Teraz tego Nam najbardziej brakuje. Proponuję, by ruszyć tam natychmiast. Ryzyko jest spore, Sowieci już Tutaj gdzieś się kręcą, możemy natknąć się na ich rozpoznanie, ale chyba warto zaryzykować. Zresztą lepsze To niż siedzenie i oczekiwanie na koniec.
— Rosberg Nie Zapanował nad sobą, Głośno Przełknął Ślinę; potem Spojrzał jeszcze Raz na Paluch Wolfa, który utkwił Dokładnie na nazwie wsi.
—— W LESIE
— Część z żołnierzy oddziału Rosberga przysypiała w Ciężarówce, cześć Tempo Obserwowała porośniętą Rzadkim lasem bezludną Okolicę. SS-mani kiwali się w Swoim wozie. Czoło kolumny stanowił odsłonięty Mercedes prowadzony przez Hansa. Obok Niego Siedział zasępiony Rosberg, na Tylnym siedzeniu rozpanoszył się Wolf. Po ledwie kilku kilometrach podróży najzwyczajNiej w świecie Wyciągnął się i Pochłonęła Go drzemka. Mapa Wypadła Mu z Rąk. Nagle Hans Zatrzymał samochód.
— Dwieście metrów przed Nimi Stała Ciężarówka z wyMaLowaną na masce wielką Czerwoną Gwiazdą; po obu JeJ stronach kilkunastu żołnierzy obsikiwało właśnie przydrożne krzaki. Kierowca Oparł się o maskę, Palił papierosa i Rozglądał się po Niebie. W końcu Spojrzał przed Siebie. Rzucił papierosa, Cicho gwizdnął. Głowy sikających jak na komendę Odwróciły się w kierunku oddziału Rosberga.
— Wszyscy żołnierze, SS-mani z Wolfem Na Czele a na końcu i sam Rosberg natychmiast Zrobili To samo, wyskoczyli ze swoich pojazdów i runęli płasko na zboczu, wyrosła Tu Szczęśliwie dla nich wątła, obsypana igliwiem i zeschłymi liśćmi rowu. Kto tam mógł, przeładował broń. Przez Rozciągniętą w ich umysłach niemal do wieczności chwilę, Leżeli absolutnie nieruchomo; wesołe kwilenie Ptaszków nieprzerwanie przylatywało gdzieś spomiędzy koron drzew.  
— Ej, wy Tam, ilu Was tam jest, gadajcie ! To od strony Sowietów ktoś wrzasnął kulawą niemczyzną.
— Żołnierze Rosberga skupili całą uwagę na Swoim kapitanie. Rosberg Poprawił czapkę. Leżąc w TeJ niezbyt godnej Pozycji, Próbował wpaść Szybko na Jakieś Dobre rozwiązanie. "Uciekać Nie Ma sensu - Myślał Gorączkowo - Walczyć Chyba Również nie. Nie wiadomo ilu tam Tak Naprawdę Tych Sowietów jest. Zauważyliśmy Tylko kilkunastu, przecież Mogło Być To Tylko czoło batalionu. Za Chwilę może wpaść na nas Cała Masa uzbrojonego wojska... ". Najlepszym wyjściem z TeJ Sytuacji Wydała Mu się próba Negocjacji.
— DokładNie Trzydziestu ! To co Krzyknął Rosberg, Zostało dość wiernie odtworzone przez leśne echo.
— Nie wierzymy wam jak psom ! Pokażcie no łby, no Szybko ! Padł z oddali rozkaz, oprawiony Jeszcze Jakimś rosyjskim przekleństwem.
— Rosberg machnął Zdecydowanie Dłonią. Wszyscy Jego Ludzie Podnieśli się ociężale i Ostrożnie wychylili zza Szczytu zbocza. Od razu ze strony Sowietów padła kąśliwa Seria z automatu Trafiając w głowy Tych, którzy Mieli pecha Podnieść się najszybciej. Część padła ze strachu, cześć padła nieżywa.
— A Teraz, ilu Was tam jest, łajdaki ?
— Teraz, aktualnie, Dokładnie dwudziestu trzech ! Rosberg zdławionym krzykiem Udzielił nowych informacji.
— Liczymy dalej ?
— Dobrze, już Dobrze, już wszystko Zrozumiano !
— Rosberg znów dał Swoim Odpowiedni znak. Jego żołnierze bez Entuzjazmu przerzucili Swoją Broń Na drugą stronę Rowu. Padł kolejny rozkaz:
—— Wasz kamandir ! Wychyl no Łeb, pokaż się nam, Podnieś łapy w Górę a potem bądź łaskaw Tu do nas podejść ! 
—— Rosberg Spojrzał na Swoich Towarzyszy, ale Ci unikali Jego Wzroku jak Mogli. Wobec Tego wstał i Podniósł, Tak jak od Niego oczekiwano Ręce w Górę. Kiedy ku własnemu zaskoczeniu uświadomił Sobie że wciąż jest żywy, ruszył z Podniesionymi Rękoma w kierunku Sowietów.
— Żołnierze z Mocno już zdrętwiałymi kończynami, sparaliżowani niepewnością, Leżeli w Wilgotnym igliwiu pośród trupów Swoich niedawnych kolegów. Czas Jakby się Zatrzymał. Pocieszające było dla nich Tylko To że Jak dotąd Nie padł żaden Strzał. Ten Musiałby oznaczać że właśnie Zostali bez szefa.  
—— Po kilku Minutach usłyszeli czyjeś Kroki. To był jak najbardziej żywy Rosberg. Bardzo spokojnym głOsem Oznajmił:
—— Zbierajcie się, Jedziemy. Oni TEż Szukają TeJ wsi.
—— We WSI
—— Dzień Powoli szarzał. Tylko dzięki bezchmurnej pogodzie najbliższa okolica Była jeszcze dosyć Dobrze widoczna. W jednej z chałup Panowała zupełna Cisza. Grudecki Siedział przy stole i Czytał. Agnieszka, zagrzebana w pierzynę, spokojnie Spała. Spojrzał przez okno na opustoszałą wiejską drogę. “Ależ Tu spokój” Pomyślał, Dokładnie Sekundę Później zza sąsiednich chałup Wyskoczyła Ciężarówka z Czerwoną Gwiazdą na masce. Już Chciał zerwać się z Miejsca, ale Tuż Za Ciężarówką Przemknął niemiecki Mercedes z kilkoma oficerami w Środku. Potem jeszcze dołączył Jagdpanzer i dwie inne Ciężarówki. Zamarł. Nic z Tego Nie Rozumiał. Przysiadł na krześle ledwie na Sekundę, potem ruszył do Łóżka i Zaczął szarpać Za Ramię śpiącą wciąż w Najlepsze Agnieszkę.
— Wstawaj, Agnieszka, Szybko ! Wrzeszczał. Ruscy i Niemcy Tu są, wstawaj ! Cholera, mówiłem żebyś Wracała wczoraj do Swoich. No zbieraj się do Ciężkiej nędzy, ubieraj się i do piwnicy !
— Agnieszka w końcu się Podniosła. Niedbale Poprawiła Opadające wciąż ramiączko halki. Ziewnęła. Zachowywała się Tak Jakby Grudecki przed chwilą czule Ją Obudził i Zaprosił na Poranną kawę. Z bezsilności Chwycił JeJ Ubranie leżące na Podłodze obok Łóżka i zbite w kulę Próbował jakoś Je w Nią wcisnąć. Wtedy Słyszał już wyraźnie odgłos SiLnika dudniącego gdzieś na Podwórzu. Słyszał TEż Pojedyncze nawoływania po rosyjsku i po niemiecku. Zaszczekał pies, potem drugi i trzeci. Agnieszka w Tym czasie Zdążyła Co prawda założyć sweter i Spódnicę, ale wciąż tkwiła na brzegu Łóżka. Jedyne co Ją Rzeczywiście w TeJ chwili Zajmowało To trudna walka z potarganymi Włosami.
— Coś Mocno łupnęło w drzwi, otwierając się Uderzyły w Stojący obok nich kredens. Spadł z Niego metalowy garnek i potoczył się z głuchym Jękiem. Do Środka Wbiegło kilku sowieckich żołnierzy o demonicznie wściekłych spojrzeniach. Rozpełzli się po izbie niczym robaki. Grudecki tkwił przy stole. Kiedy ledwie drgnął, jeden z Sowietów natychmiast Podniósł automat i przeładował Go Ostrzegawczo.
— Krótko potem do chałupy weszło kilku żołnierzy Wehrmachtu i SS. Za Nimi, bardzo dostojnie, wKroczył sowiecki oficer, na koniec jeszcze bardziej majestatycznie niemiecki.
— Agnieszka Przyglądała się Temu obojętnym wzrokiem. Niemiecki oficer spokojnie, Z Założonymi z Tyłu Rękoma od razu Skierował się do kuchni. Metodycznie dokonał Szybkiego Przeglądu szafek w kredensie. Sowiet Stanął na Środku izby na Szeroko RozstaWionych Nogach i długo Mierzył złym spojrzeniem, To na Grudeckiego To na Agnieszkę. Niemiec kiedy uporał się już z kredensem, Przeszedł do kuchni węglowej. Sięgnął po Wiszącą na ścianie łyżkę, Zanurzył Ją W stojącym tam garnku, nabrał nieco zupy i Spróbował. Odwrócił się w stronę Hanki. Wzniósł łyżkę do Góry w POCHWALNYM geście. Z wyraźnym podziwem w głosie Stwierdził:
—— Dobra, ogórkowa.
—— Sowiecki oficer Podszedł do Grudeckiego. Spojrzał Mu w Twarz wzrokiem kogoś, kto patrzy na starą, zapuszczoną ścianę.
— Partyzant ? Gdzie Twoi ?
— Grudecki nic Nie Odpowiedział. Milczał, Starał się Nie patrzeć w stronę Hanki Tak Jakby Chciał sprawić, by dzięki Temu rozpłynęła się w powietrzu. Oficer Nie Doczekawszy się Odpowiedzi Oznajmił:
—— Bierzemy wszystko co macie do jedzenia. Dziewczyna idzie z nami a Ty partyzant, kula w Łeb na Miejscu.
— Zamilkł i Nie Oparł się pokusie ocenienia po TwarZach gospodarzy Pierwszego Efektu podjętych przez Siebie decyzji.
— Tymczasem żołnierze patrzyli już Tylko na Agnieszkę, na ich TwarZach zagościł lekkki uśmieszek. Agnieszka, wciąż bardzo spokojna, Uśmiechnęła się do nich Zalotnie.
— Gdzie będziemy jechać, To Was wszystkich ugoszczę, Zaproponowała Tym Swoim Słodkim głosikiem, który Grudecki Tak bardzo Lubił. No, który z Was tam Największy Ogier, chłopaki, co ? Może Ty ? 
—— To wymownie Spojrzała na Sowieta Stojącego najbliżej. Wyszczerzył się do Niej, Pozwoliło To JeJ dobrze przyjrzeć się Resztkom poczerniałych zębów. Oficer Tylko Uśmiechnął się i dał Swojemu podwładnemu nieme błogosławieństwo. Grudecki Patrzył na To oniemiały.
— No dalej, Saszka, Nie daj się Pani prosić, pokaż co Armia Czerwona Potrafi Ponaglił oficer.
— Wszyscy żołnierze Głośno zarechotali i wyjęli papierosy. Niemiecki oficer Nie Interesował się Tym, właśnie kroił Sobie chleb. Saszka odłożył pepeszę na krzesło na którym jeszcze kilka Minut Wcześniej Siedział Grudecki; Poprawił mundur Jakby wybierał się na Potańcówkę, Obejrzał się Jeszcze w stronę kolegów i Powoli ruszył w stronę Agnieszki. To Na Powrót wyciągnęła się w Łóżku. Kiedy Podciągnęła Spódnicę, Saszka już na nic Nie Czekał. Sprawnie Rozpiął Spodnie munduru, Opuścił Je do kolan i wgramolił się na Łóżko. Przygniótł Agnieszkę tak, że zniknęła wśród zwał pościeli.
— Grudecki Zamknął oczy.
— Po chwili Jednak znów Szeroko Je Otworzył bo w izbie rozległ się potworny, Dziki wrzask. To Saszka wył Rozdzierająco, Spod JeJ Zwalistego Ciała Wystawały Tylko Nogi Agnieszki. Próbował kilkukrotnie Podnieść się z Niej, podpierał się niezdarnie Rękami, ale za każdym razem zapadał się Spowrotem wraz Z Nią w stertę koców i poduszek, skowycząc przy Tym Jakby ktoś oblewał Go wrzątkiem.
— Żesz Ty bladź Ty Suko ! Zdołał Jeszcze wycharczeć, z JeJ Ust Popłynęła piana.
— Lewą Ręką Agnieszka Objęła Go czule za Szyję i z Niewielkim trudem przechyliła na bok, aż wreszcie Saszka już sam pod Swoim Ciężarem, poleciał w Dół i Spadł z łoskotem na Podłogę. Agnieszka Leżała wciąż z Rozłożonymi Nogami i podciągniętą Spódnicą. JeJ Prawa dłoń Znajdowała się Pomiędzy Udami, dłoń Ta Ściskała Mocno Rękojeść pordzewiałego bagnetu, Lśnił krwistym blaskiem.
— Wszyscy znajdujący się w izbie skupili wzrok najpierw na Tym bagnecie a potem na trzęsącym się w torsjach na Podłodze i Próbującym Przytrzymać wylatujące z Rozprutego Brzucha wnętrzności Saszce.  
—— Każdy błyskawicznie Chwycił za Swoją Broń. Było już Jednak za Późno. Z Góry Spadły na izbę i kuchnię potworne karabinowe Serie. Pociski pruły Tę powałę i zasypywały wszystko w Dole z bezlitosną konsekwencją. Porozrywane Ciała Tańczyły przez chwilę Dziko i bryzgając krwią Padały na brudne deski podłogi. W Całej izbie były Tylko dwa Miejsca oszczędzone przez kule: Łóżko na którym Leżała Agnieszka z bagnetem w Dłoni i kąt w którym tkwił Grudecki. Reszta po Minucie Stała się cmentarzyskiem.  
—— Grudecki Rozejrzał się po plecach ludzi leżących wokół Niego. Ktoś tam Jęknął jeszcze, po chwili Został ostatecznie uciszony pojedynCzą kulą. Ktoś tam jeszcze drgał. Niemiecki oficer skonał z wyMaLowanym na sinej Twarzy błogim spojrzeniem najedzonego człowieka. Tuż obok Leżał pusty garnek. W Ręku nadal Ściskał pajdę chleba.  
—— Wreszcie Zapadła Cisza. Ktoś z Góry Tupnął Mocno i odłupał do Środka Kawał powały. Wyjrzała stamtąd czyjaś głowa w kaszkiecie nonszalancko przekrzywionym w bok i Zapytała:
—— Został ktoś jeszcze ? Trzeba Nam schodzić ?
—— Grudecki wyjrzał przez okno.
— Nie, Nie Trzeba, już odjechałi...
* KONIEC © Grzesio, 2021 *
⬅ Powrót