![]() |
![]() |
|
Głos SarumanaP rzeszli przez zburzony tunel i stanęli na stosie gruzów, żeby przyjrzeć się czarnej skale Orthanku i jej niezliczonym oknom, wciąż jeszcze wznoszącym się jak groźba nad okolicznym spustoszeniem. Woda niemal zupełnie już opadła. Tu i ówdzie zostały ciemne kałuże pełne szumowin i szczątków, lecz większa część ogromnego kręgu rozpościerała się znów naga, oślizła od mułu, zasypana rumowiskiem, podziurawiona leżącymi bezładnie i pogiętymi słupami czy filarami. Na krawędzi tej strzaskanej misy piętrzyły się rozległe stoki i kopce jak zwały żwiru i piargu wyrzuconego na brzeg przez straszliwą burzę. Dalej zielona i kręta dolina zwężała się w długi, czarny wąwóz, objęty dwoma ciemnymi ramionami gór. Środkiem spustoszonej kotliny przedzierała się grupa jeźdźców; zmierzali od północy i byli już blisko Orthanku. - To Gandalf i Theoden ze swoją kompanią - rzekł Legolas. - Chodźmy do nich! - Uważajcie! - ostrzegł Merry. - Trzeba iść bardzo ostrożnie. Pełno tu chwiejnych płyt, jeśli na którą nastąpicie, może was odrzucić prosto w jakąś dziurę! Trzymali się śladów dawnej drogi wiodącej od bramy do wieży i posuwali się wolno, bruk bowiem był spękany i oślizły. Jeźdźcy spostrzegłszy idących wstrzymali konie w cieniu skały i czekali, a Gandalf wysunął się na ich spotkanie. - Odbyłem z Drzewcem bardzo interesującą rozmowę i ułożyliśmy dalsze plany - powiedział. - Zażyliśmy też bardzo pożądanego odpoczynku. Czas ruszać znów w drogę. Mam nadzieję, że wy również najedliście się i odpoczęli? - Owszem - odparł Merry. - Ale nasze rozmowy zaczęły się od fajki i na fajce się skończyły. Mimo to nasza złość na Sarumana nieco ostygła. - Doprawdy? - rzekł Gandalf. - Moja jest równie gorąca jak przedtem. Zanim stąd odjadę, muszę dopełnić jednego jeszcze obowiązku: złożę Sarumanowi pożegnalną wizytę. Niebezpieczna i prawdopodobnie daremna próba, lecz nie wolno jej zaniechać. Kto ma ochotę, może mi towarzyszyć, pamiętajcie jednak - bez żartów. Nie pora na to. - Ja pójdę - rzekł Gimli. - Chcę go zobaczyć i przekonać się, czy rzeczywiście jest do ciebie podobny. - Jakże się o tym przekonasz, mości krasnoludzie? - odpowiedział Gandalf. - Saruman może dla twoich oczu upodobnić się do mnie, jeśli to uzna za potrzebne, żeby cię użyć do swoich planów. Czyś zmądrzał już na tyle, żeby poznać się na jego oszustwach? Ano, zobaczymy. Możliwe też, że nie zechce pokazać się tak wielu różnym oczom naraz. Poleciłem jednak entom usunąć się tak, żeby ich nie widział, może więc da się namówić i wyjdzie z wieży. - Na czym polega niebezpieczeństwo? - spytał Pippin. - Czy będzie do nas strzelał albo prażył ogniem z okien, czy też rzuci urok z daleka? - To ostatnie niebezpieczeństwo jest najbardziej prawdopodobne, jeżeli podejdziesz pod jego próg z lekkim sercem - odparł Gandalf. - Nie sposób wszakże przewidzieć, jaką ma jeszcze moc i czego zechce próbować. Osaczona bestia zawsze jest groźna. A Saruman rozporządza władzą, o jakiej wy nie macie nawet pojęcia. Strzeżcie się jego głosu! Stanęli u stóp Orthanku. Wznosił się czarny, a skała lśniła wilgocią. Ściany kamiennego wieloboku miały krawędzie ostre, jak gdyby świeżo wyszlifowane. Wściekły atak entów zostawił na nich ledwie parę szram i odłupanych, drobnych jak łuska drzazg w podstawie wieży. Od wschodu, w narożniku utworzonym przez dwa filary, były ogromne drzwi, wzniesione wysoko nad ziemią. Ponad nimi zasłoniete okiennicą okno otwierało się na ganek, chroniony żelazną kratą. Dwadzieścia siedem szerokich stopni, wykutych niezwykłą sztuką w jednym czarnym kamieniu, prowadziło na próg. Było to jedyne wejście do wieży, lecz mnóstwo okien wyzierało z głębokich wnęk na całej wysokości ścian; najwyższe wyglądały niby oczy otwarte w gładkiej powierzchni wygiętego na kształt rogów szczytu. U stóp schodów Gandalf i król zsiedli z koni. - Ja wejdę wyżej - rzekł Gandalf. - Byłem w Orthanku i zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jaki mi tutaj grozi. - Pójdę z tobą - oświadczył król. - Jestem stary i nie lękam się już niczego. Chcę rozmówić się z przeciwnikiem, który wyrządził mi tyle złego. Eomer będzie mi towarzyszył, wspierając, gdyby moje stare nogi zawiodły. - Twoja wola - odparł Gandalf. - Ze mną pójdzie Aragorn. Inni niech czekają u stóp schodów. Będą z tego miejsca słyszeli i widzieli dość, jeżeli w ogóle będzie czego słuchać i na co patrzeć. - Nie! - zaprotestował Gimli. - Obaj z Legolasem chcemy wszystko widzieć z bliska. Jesteśmy tu jedynymi przedstawicielami naszych plemion. Pójdziemy za tobą. - A więc dobrze! - zgodził się Gandalf. Zaczął wspinać się po schodach, a król szedł u jego boku. Jeźdźcy Rohanu, zgrupowani po obu stronach schodów, niespokojnie kręcili się w siodłach i posępnie patrzyli na wieżę, lękając się o los swojego króla. Merry i Pippin przycupneli na najniższym stopniu; nie czuli się tutaj ani potrzebni, ani bezpieczni. - Stąd do bramy jest co najmniej pół mili - mruknął Pippin. - Chętnie bym ukradkiem pomknął do naszej kordegardy. Po cośmy tu przyszli? Nikt nas nie potrzebuje. Gandalf stanął przed drzwiami Orthanku i zapukał w nie różdżką. Drzwi zadudniły głucho. - Sarumanie! Sarumanie! - krzyknął Gandalf głośno i rozkazująco. - Wyjdź do nas, Sarumanie! Długo nie było odpowiedzi. Wreszcie w oknie nad wejściem uchyliły się okiennice, lecz nikt nie pokazał się w ciemnym otworze. - Kto tam? - zapytał ktoś z wnętrza. - Czego chcecie? Theoden wzdrygnął się. - Poznaję ten głos - rzekł. - Przeklinam dzień, w którym go po raz pierwszy posłuchałem. - Sprowadź Sarumana, skoro zostałeś teraz jego sługusem, Grimo, Smoczy Języku! - zawołał Gandalf. - Nie trać na próżno czasu. Okno zamknęło się znowu. Czekali. Nagle z wieży przemówił inny głos, niski i melodyjny; samo jego brzmienie rzucało czar. Kto słuchał nieopatrznie tego głosu, nie umiał zwykle powtórzyć zasłyszanych słów, a jeśli je powtarzał, ze zdziwieniem stwierdzał, że w jego własnych ustach niewiele zachowały siły. Najczęściej pamietał jedynie, że słuchanie ich sprawiało mu rozkosz, że zdawały się mądre i słuszne i że gorliwie pragnął im przytakiwać, by okazać się równie mądrym. Wszystko, co mówili inni, brzmiało przez kontrast szorstko i prostacko, a jeśli sprzeciwiało się głosowi Sarumana, wzniecało gniew w sercu oczarowanego. Nad niektórymi słuchaczami czar panował tylko dopóty, dopóki Saruman mówił do nich, kiedy zaś zwracał się do innych, uśmiechali się jak ktoś, kto przejrzał na wylot sztuki kuglarza, budzące zachwyt i zdumienie w niedoświadczonych widzach. Wielu jednak sam dźwięk tego głosu ujarzmiał, a jeśli czar nimi zawładnął, nawet z dala od Sarumana słyszeli wciąż jego słodkie podszepty i natrętne polecenia. Nikt w każdym razie nie mógł słuchać tego głosu obojętnie. Nikt nie mógł bez wielkiego wysiłku umysłu i woli odtrącić jego próśb czy rozkazów, dopóki Saruman władał swoim czarodziejskim głosem. - O co chodzi? - zapytał bardzo łagodnie. - Dlaczego zakłócacie mój spoczynek? Czy nie dacie mi chwili spokoju w dzień ani w nocy? Mówił to wszystko tonem istoty dobrotliwej, rozżalonej niezasłużoną zniewagą. Zaskoczeni spojrzeli na wieżę, bo nie słyszeli żadnego szmeru, kiedy Saruman wychodził na ganek. Stał u kraty, przyglądając im się z góry, spowity w obszerny płaszcz, którego koloru nie umieli określić, bo mienił się w ich oczach za każdym poruszeniem coraz inną barwą. Saruman twarz miął długą, czoło wysokie, oczy głębokie i ciemne, nieodgadnione, w tej chwili jednak zdawały się poważne, życzliwe i trochę znużone. W siwych włosach i brodzie pozostały jeszcze koło ust i uszu ciemne pasma. - Podobny i niepodobny - mruknął Gimli. - Porozmawiajmy jednak - ciągnął dalej łagodny głos. - Dwóch przynajmniej z was znam z imienia. Gandalfa znam nawet tak dobrze, że nie łudzę się nadzieją, iż szuka u mnie pomocy lub rady. Lecz ty, Theodenie, władco Rohanu, słyniesz ze szlachetnych czynów, a bardziej jeszcze z pięknej odwagi, cnoty rodu Eorla. O, godny synu Thengla, po trzykroć wsławionego! Czemuż nie przybyłeś tu wcześniej i jako przyjaciel? Gorąco pragnąłem ujrzeć cię, najpotężniejszy królu zachodnich krajów, szczególnie ostatnimi laty, chciałem bowiem ostrzec cię przed nieroztropnymi i złymi doradcami, którzy cię otoczyli. Czy dziś jest już za późno? Mimo krzywd, które mi wyrządzono, a do których, niestety, ludzie z Rohanu przyłożyli również ręki, gotów jestem ratować cię i ocalić od zguby, nieuchronnej, jeżeli nie zawrócisz z obranej na swoje nieszczęście drogi. Wierz mi, tylko ja mogę ci teraz pomóc. Theoden już otworzył usta, żeby coś odpowiedzieć, lecz rozmyślił się widać, bo nie rzekł nic. Podniósł wzrok w górę i popatrzył na wychyloną z ganku twarz Sarumana, w jego ciemne, poważne oczy; potem spojrzał na stojącego tuż obok Gandalfa. Widać było, że król jest w rozterce. Gandalf jednak nie drgnął nawet. Stał milczący, skamieniały, jak ktoś, kto cierpliwie czeka na wezwanie. Jeźdźcy poruszyli się w siodłach, zaczęli szeptać między sobą, pochwalając słowa Sarumana, ale po chwili umilkli i znieruchomieli urzeczeni. Myśleli, że Gandalf nigdy nie przemawiał do ich króla tak pięknie i tak grzecznie. Wydało im się, że od początku traktował Theodena szorstko i dumnie. Cień zakradł się do ich serc, strach przed okropnym niebezpieczeństwem, przed zagładą Rohanu, przed ciemnością, ku której popycha ich Gandalf, podczas gdy Saruman stoi u jedynych drzwi prowadzących do szczęśliwej przyszłości i uchyla je, aby przepuścić promień nadziei. Zapadło ciężkie milczenie. Przerwał je nagle krasnolud Gimli. - Ten czarodziej używa mowy na opak - mruknął ściskając trzonek toporka w garści. - W języku Orthanku pomoc znaczy zguba, a ratować znaczy zabijać, to jasne. Ale my nie przyszliśmy tu żebrać. - Spokojnie - rzekł Saruman i na krótką chwilę głos jego stracił słodycz, a w oczach błysnęły płomyki. - Tymczasem nie mówię jeszcze do ciebie, Gimli, synu Gloina. Ojczyzna twoje leży daleko stąd i mało cię obchodzą sprawy tej krainy. Lecz wiem, że nie z własnej ochoty zostałeś w nie uwikłany, nie będę więc potępiał cię za rolę, którą odegrałeś, zresztą bardzo mężnie, o tym nie wątpię. Proszę cię jednak, nie przeszkadzaj, gdy rozmawiam z królem Rohanu, moim sąsiadem i do niedawna przyjacielem. Cóż mi odpowiesz, Theodenie? Czy pragniesz pokoju między nami i wszelkiej pomocy, jakiej może ci udzielić moja mądrość, oparta na wiekowym doświadczeniu? Czy chcesz, abyśmy wspólnie naradzili się, jak działać w tych dniach grozy, jak naprawić wyrządzone sobie wzajemnie krzywdy i dołożyć najlepszej woli, żeby oba nasze państwa rozkwitły piękniej niż kiedykolwiek? Theoden i tym razem nie odpowiedział. Trudno było odgadnąć, czy zmaga się z gniewem, czy też z wątpliwościami. Odezwał się natomiast Eomer. - Posłuchaj mnie, królu - rzekł. - Zawisło nad nami niebezpieczeństwo, przed którym nas przestrzegano. Czy po to walczyliśmy i zwyciężyli, żeby dać się teraz obałamucić staremu kłamcy, który miodem posmarował swój jadowity język? Tak samo przemawiałby wilk, osaczony przez sforę, gdyby umiał mówić. Jaką pomoc może ci ofiarować? Chodzi mu jedynie o to, by ocalić własną skórę z tej klęski. Czy zgodzisz się rokować z tym oszustem i mordercą? Wspomnij mogiłę Hamy w Helmowym Jarze. - Skoro mowa o jadowitych językach, cóż powiedzieć o twoim, młoda żmijo? - rzekł Saruman i tym razem płomień gniewu jeszcze wyraźniej błysnął w jego źrenicach. - Ale nie unośmy się, Eomerze, synu Eomunda - dodał łagodząc znów głos. - Każdy ma swoje pole działania. Tobie przystoją zbrojne czyny i zasłużyłeś nimi na najwyższą cześć. Nie mieszaj się wszakże do polityki, na której się nie znasz. Może, gdy sam zostaniesz królem, zrozumiesz, że władca musi być bardzo ostrożny w wyborze przyjaciół. Nie godzi wam się lekkomyślnie odtrącać Sarumana i potęgi Orthanku, choćby między nami były w przeszłości urazy, słuszne czy urojone. Wygraliście bitwę, lecz nie wojnę, a i to z pomocą sprzymierzeńca, na którego nie możecie nadal liczyć. Kto wie, czy nie ujrzycie wkrótce cieni lasu u własnych progów. Las jest kapryśny i bezrozumny, nie kocha też wcale ludzi. Czy zasługuję na miano mordercy, królu Rohanu, dlatego tylko że w boju zginęli twoi mężni wojownicy? Skoro podjąłeś wojnę - niepotrzebnie, bo ja jej nie chciałem - musiały być ofiary. Jeżeli mnie z tego powodu uznasz za mordercę, odpowiem, że ta sama plama ciąży na całym rodzie Eorla. Czyż bowiem ród ten nie toczył wielu wojen, czyż nie zwalczał tych, którzy mu się przeciwstawiali? A przecież z niejednym przeciwnikiem zawierał po wojnie pokój i nie wychodził źle na takiej polityce. Raz jeszcze pytam, królu Theodenie, czy chcesz pokoju i przyjaźni ze mną? Od ciebie to tylko zależy. - Chcemy pokoju - rzekł wreszcie Theoden, głosem zdławionym, jakby z wysiłkiem. Kilku jeźdźców krzyknęło radośnie. Lecz król podniósł rękę. - Chcemy pokoju - powtórzył czystym już głosem - i będziemy go mieli, gdy rozgromimy ciebie i udaremnimy wszystkie zamysły twoje i twego ponurego władcy, któremu chcesz nas wydać w ręce. Jesteś kłamcą, Sarumanie, i trucicielem serc ludzkich. Wyciągasz do mnie rękę, lecz ja widzę, że to są szpony Mordoru, okrutne i zimne! Choćbyś był dziesięciokrotnie mądrzejszy, niż jesteś, i tak nie miałbyś prawa rządzić mną i moim ludem ku własnej korzyści, jak to sobie planowałeś. Nie była więc sprawiedliwa wojna, którą przeciw mnie wszcząłeś; lecz nawet gdybyś jej cel umiał usprawiedliwić, jak wytłumaczysz się z pożogi, w której spłonęły osiedla Zachodniej Bruzdy, jak zadośćuczynisz za śmierć pomordowanych tam dzieci? Twoi siepacze porąbali martwe już ciało Hamy, leżące u bram Rogatego Grodu. Zawrę pokój z tobą i z Orthankiem dopiero wtedy, kiedy zawiśniesz na haku w oknie swojej wieży, wydany na pastwę drapieżnych ptaków, które ci dzisiaj służą. Tak ci odpowiadam w imieniu rodu Eorla. Jestem tylko małym potomkiem wielkich królów, lecz nie będę lizał twojej ręki. Gdzie indziej szukaj sług. Obawiam się jednak, że twój głos stracił czarodziejską moc. Jeźdźcy patrzyli na Theodena, jakby ich nagle zbudził z marzeń. Jego głos po muzyce słów Sarumana zabrzmiał w ich uszach niby krakanie sędziwego kruka. Lecz Saruman na chwilę dał się ponieść złości. Wychylił się przez kraty gwałtownie, jakby chciał króla uderzyć swą różdżką. Niektórym spośród świadków tej sceny wydało się, że widzą żmiję, sprężoną i gotową kąsać. - Szubienice i wrony! - syknął, aż dreszcz przejął słuchaczy, zaskoczonych tak nagłą i okropną zmianą. - Brednie starego ramola! Czymże jest dwór Eorla? Chałupą, w której zbóje wędzą się w dymie i piją, a ich bachory tarzają się po podłodze razem z psami. To was zbyt długo omijał stryczek. Ale już zaciska się pętla, powoli ją zarzucano, ale mocno i twardo ściśnie was w końcu. Będziesz wisiał, skoro chciałeś. - W miarę jak mówił, głos mu znowu łagodniał. Saruman widać odzyskiwał zimną krew. - Nie wiem, dlaczego okazuję wam tyle cierpliwości i tak długo was przekonuję. Nie jesteś mi przecież potrzebny ani ty, Theodenie, mistrzu koni, ani twoja banda, równie skora do galopu w ucieczce jak w marszu naprzód. Przed laty ofiarowałem ci wspaniałe państwo, dar ponad miarę twoich zasług i rozumu. Ofiarowałem ci je teraz powtórnie, żeby podwładni, których prowadzisz ku zgubie, jasno uświadomili sobie, między jakimi dwiema drogami masz wybór. Odpowiedziałeś mi przechwałkami i obelgami. Niech tak będzie. Wracajcie do swoich chałup! Ale ty, Gandalfie! Twoja postawa naprawdę mnie zasmuca i boli mnie twoje poniżenie. Jakże możesz cierpieć taką kompanię? Jesteś przecież dumny, Gandalfie, i słusznie, bo masz umysł szlachetny, a wzrokiem sięgasz głęboko i daleko. Czy nawet teraz nie zechcesz posłuchać mojej rady? Gandalf drgnął i podniósł wzrok. - Czy masz dzisiaj do powiedzenia coś więcej niż podczas naszej ostatniej rozmowy? - spytał. - A może chciałbyś odwołać coś z tego, co wówczas mówiłeś? Saruman milczał przez chwilę. - Odwołać? - powtórzył po namyśle, jakby niezmiernie zdziwiony. - Odwołać? Usiłowałem radzić ci dale twojego dobra, lecz ty nie chciałeś mnie nawet wysłuchać. Jesteś dumny, nie lubisz rad, mając zaprawdę dość własnego rozumu. W tym przypadku jednak popełniłeś błąd, jak mi się zdaje, przez upór przekręcając moje intencje. Niestety, tak bardzo pragnąłem cię przekonać, że w zapale straciłem cierpliwość. Żałuję tego szczerze. Nie życzyłem ci źle, nawet teraz źle ci nie życzę, chociaż wróciłeś w kompanii gwałtowników i nieuków. Jakże mógłbym? Czyż nie należymy do tego samego starożytnego i zaszczytnego bractwa, do grona najdostojniejszego na obszarze Śródziemia? Obaj skorzystamy, jeśli zawrzemy przyjaźń. Razem możemy zdziałać wiele i uleczyć rany świata. My dwaj zrozumiemy się na pewno, a podlejszych ras nie będziemy pytali o zdanie. Niech czekają na nasze rozkazy. W imię wspólnego dobra gotów jestem wymazać dawne spory i przyjąć cię w swoim domu. Czy zechcesz naradzić się ze mną? Czy wejdziesz do Orthanku? Tyle było mocy w tych słowach Sarumana, że nikt nie mógł słuchać ich bez wzruszenia. Lecz czar teraz działał w inny sposób. Zdawało się wszystkim, że są świadkami łagodnych wymówek, które dobrotliwy król robi swojemu zbłąkanemu, ale kochanemu dworzaninowi. Nie ich dotyczyła ta przemowa, słuchali nie dla nich przeznaczonych argumentów, jak źle wychowane dzieci albo głupi służący, gdy podsłuchują pod drzwiami i podchwytują oderwane słowa ze sporu dorosłych czy zwierzchników, usiłując odgadnąć, jak wpłynie on na ich własny los. Ze szlachetniejszej niż oni gliny ulepieni byli dwaj czarodzieje, czcigodni mędrcy. Nie dziw, że zawrą sojusz. Gandalf wejdzie do wieży, aby w górnych komnatach Orthanku radzić z Sarumanem o doniosłych sprawach, niepojętych dla umysłów zwykłych ludzi. Drzwi się zatrzasną przed nimi i będą czekali, by wyznaczono im pracę albo wymierzono karę. Nawet przez głowę Theodena przemknęła cieniem zwątpienia myśl: "Gandalf zdradzi nas, wejdzie, będziemy zgubieni". Nagle Gandalf wybuchnął śmiechem. Czar rozwiał się jak dym. - Ach, Sarumanie, Sarumanie! - mówił wciąż śmiejąc się Gandalf. - Rozminąłeś się z powołaniem. Powinieneś zostać królewskim trefnisiem, zarobiłbyś na chleb, a może także na zaszczyty, przedrzeźniając doradców króla. Mówisz - ciągnął dalej, opanowując wesołość - że my dwaj zrozumiemy się z pewnością. Obawiam się, że ty mnie nigdy nie zrozumiesz. Ale ja widzę cię teraz na wylot. Dokładniej pamiętam twoje argumenty i postępki, niż ci się wydaje. Kiedy odwiedziłem cię poprzednio, byłeś dozorcą więziennym Mordoru i tam zamierzałeś mnie odesłać. Nie! Gość, który raz uciekł z twojej wieży przez dach, dobrze się namyśli, zanim wejdzie do niej powtórnie przez drzwi. Nie, nie przyjmę twego zaproszenia. Ale ostatni raz pytam: czy nie zejdziesz tu między nas? Isengard, jak widzisz, jest mniej potężny, niż się spodziewałeś i niż sobie uroiłeś. Podobnie mogą zawieść cię inne potęgi, którym dziś jeszcze ufasz. Może warto by je opuścić na czas jakiś? Zwrócić się ku nowym? Zastanów się dobrze, Sarumanie. Czy zejdziesz? Cień przemknął po twarzy Sarumana, a potem okryła ją śmiertelna bladość. Nim zdążył znów przybrać maskę, wszyscy dostrzegli i zrozumieli, że Saruman nie śmie pozostać w wieży, lecz jednocześnie boi się opuścić to schronienie. Przez chwilę wahał się, a wszyscy wstrzymali dech w piersiach. Gdy wreszcie przemówił, głos zabrzmiał ostro i zimno. Pycha i nienawiść wzięły górę. - Czy zejdę? - powtórzył szyderczo. - Czy bezbronny człowiek wyszedłby paktować ze zbójami przed swój próg? Stąd słyszę doskonale, co macie mi do powiedzenia. Nie jestem głupcem i nie ufam ci, Gandalfie. Dzikie leśne potwory nie stoją wprawdzie jawnie na schodach mojej wieży, lecz wiem, gdzie się czają z twojego rozkazu. - Zdrajcy zwykle bywają podejrzliwi - odparł Gandalf ze znużeniem. - Ale możesz być spokojny o swoją skórę. Nie chcę cię zabić ani zranić, powinieneś o tym wiedzieć, gdybyś naprawdę mnie rozumiał. Mam moc, żeby cię obronić. Daję ci ostatnią szansę. Jeżeli się zgodzisz, wolny opuścisz Orthank. - To brzmi pięknie! - zadrwił Saruman. - Jak przystoi słowom Gandalfa Szarego, nader łaskawie i dobrotliwie. Nie wątpię, że odchodząc ułatwiłbym twoje plany i że w Orthanku znalazłbyś wygodną siedzibę. Ale nic mnie do odejścia stąd nie skłania. Nie wiem też, co w twoich ustach znaczy "wolny". Przypuszczam, że postawiłbyś pewne warunki, czy tak? - Do odejścia mógłby cię skłonić choćby widok, który oglądasz ze swoich okien - powiedział Gandalf. - Inne powody również chyba znajdziesz, jeśli się zastanowisz. Słudzy twoi padli albo poszli w rozsypkę. Z sąsiadów zrobiłeś sobie wrogów, a nowego swego pana oszukałeś albo zamierzałeś oszukać. Gdy zwróci w tę stronę oko, będzie ono z pewnością czerwone od krwawego gniewu. Mówiąc "wolny" miałem na myśli wolność prawdziwą, bez więzów, bez łańcuchów i bez rozkazów. Pozwolę ci odejść, dokąd chcesz, choćby do Mordoru, jeżeli taka jest twoja wola, Sarumanie. Przedtem oddasz mi tylko klucz Orthanku i swoją różdżkę. Zatrzymam je jako zastaw i zwrócę później, jeżeli swoim zachowaniem na to zasłużysz. Sarumanowi twarz posiniała i wykrzywiła się ze złości, w oczach mu rozbłysły czerwone światełka. Zaśmiał się dziko. - Później! - zawołał podnosząc głos do krzyku. - Później! Pewnie wtedy, kiedy zdobędziesz również klucze do Barad-Duru, a może także korony siedmiu królów i różdżki pięciu czarodziejów, kiedy kupisz sobie buty znacznie większe od tych, w których teraz chodzisz. Skromne plany! Spełnisz je bez mojej pomocy. Mam co innego do roboty. Nie bądź głupcem. Jeżeli chcesz ze mną rokować, póki jeszcze czas, odejdź i wróć, gdy wytrzeźwiejesz. I nie ciągnij za sobą tych morderców i całej tej hałastry, która trzyma się twojej poły. Do widzenia! Odwrócił się i znikł z balkonu. - Wracaj, Sarumanie! - rzekł Gandalf tonem rozkazu. Ku zdumieniu świadków Saruman ukazał się znów na balkonie, lecz tak wolno podchodził do żelaznej kraty i tak ciężko dyszał opierając się o nią, jakby jakaś obca siła przywlokła go tutaj wbrew jego woli. Twarz miał ściągniętą i pooraną zmarszczkami. Palce jak szpony wpijał w masywną czarną laske. - Nie pozwoliłem ci oddalić się - surowo rzekł Gandalf. - Nie skończyłem jeszcze. Oszalałeś, Sarumanie, lecz budzisz we mnie litość. Mógłbyś nawet teraz porzucić szaleństwo i zło i oddać usługi dobrej sprawie. Wolisz zostać w swojej wieży i przeżuwać resztki swoich dawnych zdradzieckich planów. Siedź więc tam! Ostrzegam cię jednak, że niełatwo ci będzie wyjść później. Chyba że ciemne ręce sług Saurona dosięgną cię i wywloką. Słuchaj, Sarumanie! - krzyknął głosem potężnym i władczym. - Nie jestem już Gandalfem Szarym, którego zdradziłeś. Stoi przed tobą Gandalf Biały, który powrócił z krainy śmierci. Ty nie masz już teraz własnej barwy, toteż wykluczam cię z bractwa i Rady! - Podniósł rękę i z wolna jasnym, chłodnym głosem powiedział: - Sarumanie, twoja różdżka jest złamana! - Rozległ się trzask i różdżka pękła w ręku Sarumana, a główka jej upadła do stóp Gandalfowi. - Precz! - zawołał Gandalf. Saruman krzyknął, cofnął się i wyczołgał z ganku. W tej samej chwili ciężki kulisty pocisk ciśnięty z góry błysnął w powietrzu, trącił żelazną kratę, od której ledwie zdążył odsunąć się Saruman, przeleciał o włos od głowy Gandalfa i runął na stopień schodów, tuż pod stopy Czarodzieja. Żelazna krata załamała się ze szczękiem. Stopień rozsypał się w roziskrzone kamienne drzazgi. Lecz ciemna kryształowa kula przeświecająca płomiennym jądrem, nie uszkodzona, spadała po schodach niżej. Kiedy w podskokach toczyła się do rozlanej kałuży, Pippin puścił się za nią w pogoń i chwycił ją. - Łotr! Skrytobójca! - krzyknął Eomer. Gandalf jednak stał niewzruszony w miejscu. - Nie, tego pocisku nie rzucił ani też nie kazał rzucić Saruman - rzekł. - Kula spadła ze znacznie wyższego piętra. Jeśli się nie mylę, był to pożegnalny strzał Smoczego Języka, ale chybił celu. - Chybił pewnie dlatego, że nie mógł się zdecydować, kogo bardziej nienawidzi, ciebie czy Sarumana - powiedział Aragorn. - Bardzo możliwe - odparł Gandalf. - Ci dwaj niewiele znajdą pociechy w przymusowym sam na sam; będą się wzajem ranili złym słowem. Ale słuszna spotyka ich kara. Jeżeli Smoczy Język ujdzie z Orthanku żywy, będzie miał szczęście, na które nie zasłużył. - Ejże, hobbicie, oddaj mi to! - zawołał odwracając nagle głowę i spostrzegając, że Pippin wspina się po schodach z wolna, jak gdyby niósł niezwykle ciężkie brzemię. - Nie prosiłem cię, żebyś to podnosił! - Zbiegł na spotkanie hobbita, spiesznie wziął z jego rąk ciemną kulę, owinął ją w połę płaszcza. - Już ja się nią zaopiekuję - rzekł. - Saruman z własnej woli nigdy by jej nie wyrzucił. - Ale może ma coś innego do wyrzucenia - powiedział Gimli. - Jeżeli skończyłeś rozmowę, wolałbym odsunąć się stamtąd co najmniej o rzut kamienia! - Skończyłem - odparł Gandalf. - Chodźmy! Odwrócili się plecami do drzwi Orthanku i zeszli w dół. Jeźdźcy powitali swego króla z radością, a Gandalfa z szacunkiem. Czar Sarumana prysnął. Wszyscy bowiem widzieli, jak na rozkaz Gandalfa stawił się, a potem, odprawiony przez niego, posłusznie odszedł. - No, tak, jedno zadanie spełnione - rzekł Gandalf. - Teraz muszę odszukać Drzewca i opowiedzieć mu, jaki jest wynik rokowań. - Chyba sam odgadł - powiedział Merry. - Czy można było spodziewać się czegoś innego? - Nadzieja była niewielka - odparł Gandalf - chociaż włos mógł przeważyć szalę. Miałem jednak swoje powody, by mimo wszystko próbować, niektóre wielkoduszne, inne mniej. Po pierwsze przekonałem Sarumana, że czar jego głosu słabnie. Nie można być zarazem tyranem i doradcą. Spisek, gdy dojrzeje, nie da się utrzymać w tejemnicy. Jednakże Saruman wpadł w pułapkę i usiłował każdą z upatrzonych ofiar omotywać z osobna, podczas gdy inne przysłuchiwały się temu. Po drugie dałem mu po raz ostatni możność wyboru, i to uczciwie; zaproponowałem, żeby poniechał zarówno sojuszu z Mordorem jak własnych planów i naprawił błędy pomagając nam w naszych zamierzeniach. Zna nasze trudności lepiej niż ktokolwiek. Mógłby oddać nam wielkie usługi. Lecz wolał odmówić i zachować panowanie nad Orthankiem. Nie chce służyć, lecz rządzić. Drży teraz ze strachu przed cieniem Mordoru, ale wciąż jeszcze łudzi się, że przetrzyma nawałnicę. Nieszczęsny szaleniec! Potęga Mordoru zmiażdży go, jeżeli jej ramię dosięgnie Isengardu. My z zewnątrz nie możemy zburzyć Orthanku, ale Sauron... Kto wie, jaką on mocą rozporządza? - Ale jeżeli Sauron nie zwycięży? Co zrobisz z Sarumanem? - spytał Pippin. - Ja? Nic mu nie zrobię - odparł Gandalf. - Nic. Nie pragnę władzy. Co się z nim wszakże stanie? Nie wiem. Boli mnie, że tyle siły, niegdyś dobrej, teraz w złej służbie niszczeje w tej wieży. Dla nas jednak ułożyły się sprawy dość pomyślnie. Dziwnie toczy się koło losu. Często nienawiść sama sobie zadaje rany. Myślę, że nawet gdybyśmy zajęli Orthank, nie znaleźlibyśmy tam skarbu cenniejszego niż ta kula, którą Smoczy Język rzucił, chcąc nas ugodzić. Przeraźliwy krzyk dobiegł z otwartego wysoko w wieży okna. - Jak się zdaje, Saruman jest tego samego zdania - rzekł Gandalf. - Zostawmy tych dwóch wspólników samych. Powrócili do zburzonej bramy. Ledwie wydostali się za nią, z cienia pod stosem rumowisk wychynął Drzewiec, a za nim kilkunastu entów. Aragorn, Gimli i Legolas patrzyli na nich z podziwem. - Oto moi towarzysze - rzekł Gandalf zwracając się do Drzewca. - Mówiłem ci o nich, lecz jeszcze ich nie widziałeś. I wymienił kolejno imiona przyjaciół. Stary ent badawczo i długo przyglądał się każdemu z osobna, witając kilku słowy. Ostatniego zagadnął Legolasa: - A więc przybyłeś do nas z Mrocznej Puszczy, szlachetny elfie? Wielki to był kiedyś las. - Wielki pozostał do dziś - odparł elf. - Lecz żadnemu z jego mieszkańców nie uprzykrzyły się mimo to drzewa i wszyscy chętnie oglądają nowe. Bardzo bym chciał poznać lepiej las Fangorna. Wędrowałem ledwie jego skrajem, a już żal było mi go opuszczać. Oczy Drzewca błysnęły z radości. - Mam nadzieję, że spełni się twoje życzenie, zanim te góry zdążą się postarzeć - powiedział. - Przyjdę, jeżeli los okaże się łaskawy - rzekł Legolas. - Zawarłem umowę z przyjacielem, że jeśli wszystko pójdzie szczęśliwie, razem odwiedzimy Fangorn, oczywiście za twoim przyzwoleniem. - Każdy elf, którego przyprowadzisz, będzie dla nas miłym gościem - powiedział Drzewiec. - Przyjaciel, o którym mówię, nie jest elfem - odparł Legolas. - To Gimli, syn Gloina. Gimli skłonił się nisko i przy tym geście toporek wysunął mu się zza pasa, z głośnym brzękiem padając na ziemię. - Hm, hum. Aha. Krasnolud z toporem! - rzekł Drzewiec. - Hm... Lubie elfy, ale ty za wiele ode mnie żądasz. Osobliwa to przyjaźń. - Może wydaje się osobliwa - powiedział Legolas - póki wszakże Gimli żyje, nie przyjdę sam do Fangornu, władco lasu. Ten krasnolud ściął w bitwie czterdzieści dwa orkowe łby. - Ho, ho! Tak powiadaj - rzekł Drzewiec. - To mi się podoba. No, zobaczymy, co będzie, to będzie, nie trzeba się spieszyć ani wyprzedzać wypadków. Teraz musimy znów rozstać się na czas jakiś. Dzień chyli się ku wieczorowi, Gandalf mówi, że chce wyruszyć przed zmrokiem, a królowi Rohanu także pilno wracać do domu. - tak, musimy jechać, i to zaraz - rzekł Gandalf. - Wybacz, że zabiorę twoich odźwiernych. Mam jednak nadzieję, że jakoś sobie bez nich poradzisz? - Może sobie poradzę - powiedział Drzewiec - ale będzie mi ich brakowało. Chyba na starość staję się pochopny, bo zaprzyjaźniłem się z nimi bardzo, mimo krótkiej znajomości; widać z wiekiem młodość wraca. Co prawda od wielu, wielu lat nie spotkałem nic nowego pod słońcem lub pod księżycem, póki nie zobaczyłem tych hobbitów. Nigdy też o nich nie zapomnę. Już dołączyłem ich imię do Długiego Spisu. Entowie będą ich pamiętać. Entowie z ziemi zrodzeni, starzy jak góry, Co chodzą lasami i wodą się poją, I wesołe hobbity, żarłoczne jak myśliwi, Skore do śmiechu, a małe jak dzieci. Przyjaźń między nami przetrwa, póki na świecie będą się liście zieleniły co wiosnę. Bywajcie zdrowi! Gdybyście w swoim miłym ojczystym kraju zasłyszeli jakieś nowiny, przyślijcie mi słówko. Rozumiecie chyba, o co mi chodzi: czy nie widziano tam gdzieś entowych żon. A jeśli zdarzy się sposobność, odwiedźcie mnie koniecznie. - Odwiedzimy Fangorn na pewno! - jednocześnie odpowiedzieli Merry i Pippin, po czym szybko odwrócili oczy. Drzewiec długą chwilę patrzał na nich w milczeniu i kiwał głową. Wreszcie zagadnął Gandalfa: - A więc Saruman nie chce opuścić Orthanku? Niczego innego nie spodziewałem się po nim. Serce ma zbutwiałe jak czarny huorn. Swoją drogą przyznam się, że gdyby mnie pokonano i wycięto wszystkie drzewa, ja też bym nie odszedł, póki zostałaby mi chociaż jedna ciemna kryjówka. - Tak, ale ty nie knułeś spisków, żeby cały świat obsadzić drzewami i zdusić wszelkie inne życie na ziemi - odparł Gandalf. - Saruman został, by dalej hodować swoją nienawiść i w miarę możności snuć nowe sieci zdrady. Ma klucz Orthanku. Lecz nie dajcie mu uciec. - Nie damy. Entowie go przypilnują - rzekł Drzewiec. - Saruman bez mego pozwolenia kroku nie zrobi poza tę skałę. Entowie będą trzymali straż. - Dobrze! - powiedział Gandalf. - Na to liczyłem. Mogę więc opuścić Isengard i zająć się innymi sprawami zrzuciwszy tę troskę z serca. Musicie jednak czuwać pilnie. Woda już opadła. Straże wokół wieży nie wystarczą. Na pewno są jakieś podziemne lochy, którymi Saruman zechce może wkrótce wydostać się niepostrzeżenie. Jeżeli nie wzdragacie się przed tą ciężką pracą, proszę was, zalejcie kotlinę znowu wodą i utrzymujcie powódź, dopóki Isengard nie zamieni się w stojącą sadzawkę albo dopóki nie odkryjecie tajemnych przejść. Jeżeli podziemia będą zalane, a wyjścia zabarykadowane, Saruman będzie musiał siedzieć na górze i tylko wyglądać przez okna na świat. - Zdaj to na entów - rzekł Drzewiec. - Zbadamy dolinę od szczytów do dna i zajrzymy pod każdy kamień. Wrócą do niej znów drzewa. Nazwiemy to miejsce Lasem Strażników. Nawet wiewiórka nie przemknie się tędy bez mojej wiedzy. Zdaj to na entów. Póki nie upłynie siedemkroć tyle lat, ile Saruman nas dręczył, nie zejdziemy z warty. |
||
![]() |
![]() |