Dwie wieże - Rozdział 6

Król ze Złotego Dworu

C wałowali, a tymczasem słońce zaszło, zmrok zapadł z wolna i nadciągnęła noc. Kiedy się wreszcie zatrzymali i zeskoczyli z siodeł, nawet Aragorn ciało miał odrętwiałe i był znużony. Gandalf jednak ledwie przez parę godzin pozwolił im odpoczywać. Gimli i Legolas usnęli, Aragorn leżał wyciągnięty na wznak, lecz Gandalf stał, oparty na lasce, i wpatrywał się w ciemności, to na wschód, to na zachód. Cisza panowała dokoła, nie pokazała się i nie odezwała żadna żywa dusza. Kiedy wędrowcy wstali znowu, chmury długimi pasmami przekreślały niebo sunąc z chłodnym podmuchem wiatru. Przy zimnej poświacie księżyca mknęli dalej równie szybko jak w blasku dnia. Godziny płynęły, a jeźdźcy pędzili wciąż naprzód. Gimli zdrzemnął się i byłby spadł z konia, gdyby Gandalf nie chwycił go w porę i nie potrząsnął. Dwa konie mimo zmęczenia ambitnie dotrzymywały kroku niezmordowanemu przywódcy, który pomykał przed nimi jak ledwie dostrzegalny szary cień. Tak przebyli wiele mil. Wreszcie księżyc skrył się na zachodzie w chmurach. Dmuchnęło przejmującym chłodem. Powoli ciemność na wschodzie bladła przybierając zimną, szarą barwę. czerwone słupy blasku wystrzeliły zza czarnych ścian odległych wzgórz Emyn Muil. Świt wstawał jasny, pogodny, wiatr dmuchał w poprzek ich ścieżki, trawy chyliły się z szelestem. nagle Gryf stanął i zarżał. Gandalf wyciągnął rękę. - Patrzcie! - zawołał. Wędrowcy podnieśli zmęczone oczy. Przed nimi piętrzyły się Góry Południa, ubielone szczyty, poznaczone czarnymi smugami. Zieleń łąk sięgała wzgórz, które skupiły się u stóp gór, a potem rozbiegała się w mnóstwo dolin, jeszcze w tej chwili zamglonych i mrocznych, nie tkniętych światłem brzasku, wciskających się kręto między wzgórza. Tuż przed wędrowcami najszersza z nich otwierała się jak wydłużona zatoka wśród gór. W głębi majaczył zwalisty masyw górski, nad którym wystrzelał jeden tylko wysoki szczyt. W wylocie tej zatoki jakby na warcie sterczał samotny pagórek. U jego stóp wił się srebrną nitką potok spływający doliną; grzbiet pagórka łowił już złoty blask dalekiego jeszcze słońca. - Mów, Legolasie - rzekł Gandalf. - Mów, co widzisz przed nami. Legolas osłonił oczy od poziomych promieni wschodu. - Widzę biały potok spływający ze śnieżnych pól - powiedział. - Tam gdzie wychyla się z cieni doliny, od wschodniej strony zielenieje pagórek. Otacza go fosa i najeżony cierniem żywopłot. Wewnątrz ogrodzenia widzę dachy domów, a pośrodku, na zielonej terasie, dumny, wysoki, ogromny dwór, siedzibę ludzi. Jeśli mnie wzrok nie myli, ten dwór kryty jest złotem. Blask od niego bije szeroko w krąg. Złote są także słupy u jego bram. Czuwają tam ludzie w błyszczących zbrojach, lecz wszyscy inni śpią jeszcze. - Dziedziniec wokół dworu zwie się Edoras - rzekł Gandalf - z Złoty Dwór to Meduseld. Mieszka w nim Theoden, syn Thengla, król Rohanu. Przybywamy wraz ze świtem. Droga teraz przed nami prosta i widna. Musimy jednak posuwać się ostrożnie, bo w tych stronach trwa wojna, a Rohirrimowie, hodowcy i mistrzowie koni, nie śpią wbrew pozorom. Radzę, niech żaden z was nie dobywa oręża ani nie odzywa się wyniośle, póki nie staniemy przed tronem Theodena. Ranek świecił już jasno i ptaki śpiewały, gdy zajechali nad potok. Bystrym nurtem toczył się na równinę, a opłynąwszy pagórek skręcał szerokim łukiem i przecinał drogę wędrowcom, kierując się ku wschodowi, żeby gdzieś w oddali zasilić Rzekę Entów, duszącą się wśród trzcin i sitowia na moczarach. Kraj zielenił się dokoła, na wilgotnych łąkach i trawiastych brzegach potoku gęsto rosły wierzby. Tu, na południu, końce wierzbowych gałązek już zabarwiały się czerwienią w przeczuciu bliskiej wiosny. Przez potok prowadził bród łącząc niskie brzegi stratowane końskimi kopytami. Jeźdźcy przeprawili się i na drugim brzegu trafili na szeroką wyżłobioną drogę, która wiodła pod górę. U stóp obronnego wzgórza droga biegła w cieniu wyniosłych zielonych kopców. Ich zachodnie stoki zdawały się oprószone śniegiem, tak gęsto kwitły na nich niezliczone drobne, podobne do gwiazdeczek kwiaty. - Spójrzcie! - powiedział Gandalf. - Jak piękne są jasne oczy tych kwiatów wśród trawy. Nazwano je niezapominki, simbelmyne w języku tutejszych ludzi, bo kwitną przez cały rok na miejscu, gdzie spoczywają zmarli. Wiedzcie, że znaleźliśmy się wśród kurhanów, w których śpią przodkowie Theodena. - Siedem kopców po lewej i dziewięć z prawej strony - rzekł Aragorn. - Wiele pokoleń ludzkich przeminęło, odkąd zbudowano Złoty Dwór. - Pięćset razy czerwone liście opadły z drzew w mojej ojczystej Mrocznej Puszczy od tamtych dni - powiedział Legolas - lecz nam ten czas zdaje się jedną chwilką. - Ale dla Rohirrimów to okres tak długi - rzekł Aragorn - że po dniach budowy zostały tylko wspomnienia w pieśni, a lata poprzednie giną we mgle przeszłości. Dziś ten kraj nazywają swoją ojczyzną, ziemią rodzinną, a mową też różnią się już bardzo od swoich pobratymców z północy. I zaczął nucić jakąś pieśń w języku nie znanym elfowi i krasnoludowi. Słuchali go jednak chętnie, bo melodia była piękna. - Domyślam się, że to język Rohirrimów - rzekł Legolas - bo przypomina ten kraj, gdzieniegdzie bujny i rozkołysany, a gdzieniegdzie surowy i poważny jak góry. Nie mogę jednak zgadnąć, co mówi ta pieśń, czuję tylko, że nabrzmiała jest od smutku śmiertelnych ludzi. - Przetłumaczę ją na Wspólną Mowę - odparł Aragorn - jak zdołam najwierniej. Gdzież teraz jeździec i koń? Gdzież róg, co graniem wiódł w pole? Gdzież jest kolczuga i hełm I włos rozwiany na czole? O, gdzie jest harfa i dłoń, Gdzie ogień złotoczerwony, Gdzie jest czas wiosny i żniw, Gdzie zboża dojrzałe i plony? Wszystko minęło jak deszcz, Jak w polu wiatr porywisty, Na zachód odeszły dni Za góry mroczne i mgliste... Któż będzie zbierał dym Martwego lasu, co zgorzał, Lub patrzał na przepływ lat, Co przybywają od morza? Ułożył tę pieśń przed wiekami zapomniany poeta Rohanu, wspominając, jak smukły i piękny był Eorl Młody, gdy przybył tu z północy. Jego wierzchowiec miał skrzydła u nóg, a nazywał się Felarof, ojciec koni. Po dziś dzień śpiewają o tym ludzie wieczorami. Tak mówił im Aragorn, a tymczasem wyjechali spomiędzy milczących kurhanów. Droga zwinięta na kształt ślimaka prowadziła teraz po zielonym zboczu na wzgórze, aż wreszcie stanęli przed szeroką, wystawioną na wiatr od stepów bramą Edorasu. Zaraz też obskoczyli ich ludzie w błyszczących zbrojach i włóczniami zagrodzili wjazd. - Stójcie, nieznani cudzoziemcy! - krzyknęli w języku Rohanu; po czym zaczęli się dopytywać o imiona i cel podróży. W oczach ich można było wyczytać podziw, lecz niezbyt przyjazny. Szczególnie na Gandalfa spoglądali podejrzliwie. - Rozumiem waszą mowę - powiedział w tym samym języku Gandalf. - Ale mało kto ją zna wśród obcoplemieńców. Jeśli pragniecie odpowiedzi, dlaczego nie używacie Wspólnej Mowy, jak jest w zwyczaju na całym zachodzie? - Król Theoden rozkazał nie otwierać bram nikomu, kto nie zna naszego języka i nie ejst nam przyjacielem - odparł jeden z wartowników. - Niechętnie witamy w tych dniach wojny gości spoza własnego plemienia, chyba że przybywają z Mundburga, z Gondoru. Kim jesteście, że tak beztrosko podróżujecie przez step w dziwacznych strojach, na wierzchowcach podobnych do naszych koni? Od dawna trzymamy tu straż i wypatrzyliśmy was z daleka. Nigdy jeszcze nie widziano tu jeźdźców tak niezwykłych ani konia wspanialszego niż ten, którego dosiadasz. Jeżeli oczu nam nie omamił jakiś czar, jest to jeden z Mearasów. Możeś ty czarodziej, szpieg Sarumana albo widmo przez niego nasłane? Mów, a żywo! - Nie jesteśmy widmami - odezwał się Aragorn - i oczy was nie mylą. To są konie z waszych stadnin, pewnie je poznałeś, nim jeszcze zacząłeś nas wypytywać. Złodziej wszakże nie wracałby z koniem do stajni właściciela. Oto Hasufel i Arod, wierzchowce, których użyczył nam ledwie przed dwoma dniami Eomer, Trzeci Marszałek Rohanu. Odprowadzamy je tak, jak przyrzekliśmy. Czy Eomer nie wrócił z wyprawy i nie zapowiedział naszego przybycia? Wartownik zmieszał się wyraźnie. - Nic wam o Eomerze powiedzieć nie mogę - rzekł. - Jeżeli prawdę mówicie, król z pewnością będzie coś o tym wiedział. Może wasze przybycie nie jest całkiem nieoczekiwane. Przed dwoma dniami wieczorem Smoczy Język był tutaj i oznajmił, że z woli Theodena żaden obcoplemieniec nie śmie odtąd przestąpić tej bramy. - Smoczy Język? - spytał Gandalf uważnie patrząc na wartownika. - Ani słowa więcej! Nie do niego, ale do władcy Rohanu mam sprawę. I to pilną! Czy zechcesz iść sam, czy też poślesz kogoś, aby o tym królowi oznajmić? Oczy Gandalfa błyszczały, gdy pochyliwszy się, spod ściągniętych brwi zaglądał pilnie w twarz Rohirrima. - Pójdę sam - odparł tamten po namyśle. - Ale jakie imiona mam oznajmić królowi? Co mu o was powiedzieć? Zdajesz się stary i znużony, a jednak groźny i srogi, wbrew pozorom. - Dobrześ przyjrzał się i słusznie osądził - rzekł Czarodziej. - Jestem Gandalf. Wracam. I zważ: odprowadzam królowi konia. To Gryf Wielki, którego niczyja ręka prócz mojej nie okiełza. Ze mną jest Aragorn, syn Arathorna, spadkobierca królów, który dąży do Mundburga. A oto Legolas, elf, i Gimli, krasnolud - nasi przyjaciele. Idź i powiedz swemu panu, że stanęliśmy u jego bram i pragniemy z nim rozmowy, jeśli dopuści nas na swój dwór. - Niezwykłe wymieniłeś imiona! Powtórzę je wszakże mojemu władcy. Zobaczymy, co na to król powie! - odparł wartownik. - Czekajcie na mnie, przyniosę wam odpowiedź, jaką Theoden uzna za właściwą. Nie obiecujcie sobie za wiele. czasy mamy teraz surowe. I odszedł szybkim krokiem, pozostawiając obcych pod czujną strażą swoich towarzyszy. Wrócił po chwili. - Chodźcie ze mną - rzekł. - Theoden pozwolił was wpuścić, lecz wszelką broń, nawet kije, macie złożyć u progu. Odźwierny wam ją przechowa. Posępne wrota otwarły się wreszcie. Wędrowcy weszli przez nie gęsiego, w ślad za przewodnikiem. Znaleźli się na szerokiej ulicy wybrukowanej ciosanym kamieniem, wznoszącej się wciąż pod górę, niekiedy ślimakiem, a niekiedy kilku stopniami starannie zbudowanych schodów. Minęli mnóstwo drewnianych domów i ciemnych drzwi. Równolegle do ulicy perlił się i szumiał jasny potok, ujęty w kamienne koryto. W końcu dotarli na szczyt wzgórza. Wysoki pomost górował nad zieloną terasą, u której stóp, spod kamienia wyrzeźbionego w kształt końskiej głowy, tryskało wesołe źródełko. Woda ściekała z niego do wielkiego zbiornika, a dalej do potoku. Przez terasę wiodły schody szerokie i ogromne, a na ostatnim stopniu stały z dwóch stron wykute w kamieniu ławy. Siedzieli tam królewscy strażnicy trzymając na kolanach obnażone miecze. Złociste włosy mieli splecione w warkocze. Słońce grało w ich zielonych tarczach i w jasnych, polerowanych pancerzach. Gdy się podnieśli z ław, wędrowcy ujrzeli mężów tak rosłych, jak rzadko bywają śmiertelnicy. - Drzwi są tu na wprost - rzekł przewodnik. - Ja muszę wracać do bramy na służbę. Żegnajcie! Oby was król raczył przyjąć łaskawie. Zawrócił i odszedł spiesznie. Wędrowcy wstępowali po ogromnych stopniach pod okiem straży. Gwardziści króla patrzyli na nich z góry bez słowa, póki Gandalf nie stanął na kamiennym tarasie u szczytu schodów. Wówczas niespodzianie pozdrowili go chórem dźwięcznych głosów w swoim rodzinnym języku. - Witajcie, przybysze z dalekich stron - powiedzieli zwracając miecze rękojeścią do gości na znak pokojowych zamiarów. Zielone drogocenne kamienie zamigotały w słońcu. Potem jeden z gwardzistów wystąpił z szeregu i odezwał się we Wspólnej Mowie: - Jestem odźwiernym Theodena - rzekł. - Nazywam się Hama. Proszę, odłóżcie wszelki oręż, nim wejdziecie do pałacu. Pierwszy Legolas złożył w jego ręce swój sztylet o srebrnym trzonku, kołczan i łuk. - Strzeż pilnie mojej broni - powiedział - bo pochodzi ona ze Złotego Lasu i dostałem ją w darze od Pani z Lorien. Zdumienie błysnęło w oczach odźwiernego. Pospiesznie odstawił broń pod mur, jak gdyby bojąc się jej dotykać. - Obiecuję ci, że jej tu nikt nie ruszy - rzekł. Aragorn wahał się przez chwilę. - Wola moja wzdraga się - rzekł - przed odłożeniem miecza i powierzeniem Andurila w ręce innego człowieka. - Taka jest wola Theodena - powiedział Hama. - Nie mam pewniości, czy wola Theodena, syna Thengla, jakkolwiek jest on władcą Rohanu, powinna przeważać nad wolą Aragorna, syna Arathorna, dziedzica Elendila z Gondoru. - Stoisz przed domem Theodena, nie zaś Aragorna, nawet gdyby ów Aragorn był królem Gondoru i zasiadał na stolicy Denethora - odparł Hama, szybko stając przed drzwiami i zagradzając drogę. Miecz zwrócił teraz ostrzem ku gościom. - Jałowy spór - wmieszał się Gandalf. - Żądanie Theodena jest zgoła niepotrzebne, lecz daremnie próbowałbym sie sprzeciwiać. Wola króla, słuszna czy nie, rozstrzyga w jego własnym pałacu. - Prawda - rzekł Aragorn - i chętnie spełniłbym życzenie gospodarza, choćby nim był drwal w swoim szałasie, gdybym nosił u pasa inny miecz. Lecz to jest Anduril. - jakkolwiek zwie się twój oręż, odłóż go tutaj - powiedział Hama - jeśli nie chcesz walczyć sam jeden przeciw wszystkim mężom w Edoras. - Nie walczyłby sam jeden - odezwał się Gimli przesuwając palcem po ostrzu toporka i groźnie spoglądając na odźwiernego, jakby to było młode drzewko, które nadaje się do ścięcia. - Nie sam by walczył! - Spokój, spokój! - rzekł Gandalf. - Jesteśmy wszyscy tu przyjaciółmi. A przynajmniej powinniśmy być przyjaciółmi. Kłótnią nic nie zyskamy, tylko ucieszymy Mordor. Ja w każdym razie oddaję swój miecz, strzeż go, mości Hamo, dobrze, bo to Glamdring, wykuty przez elfy bardzo dawno temu. A teraz przepuść mnie. Dalejże, Aragornie! Z wolna Aragorn odpiął pas i sam odstawił swój miecz pod ścianę. - Zostawiam Andurila tutaj - rzekł - lecz nie waż się, Hamo, dotknąć go ani też nie pozwól, by go tknął ktokolwiek. W pochwie przez elfy sporządzonej kryje się bowiem ostrze, które było złamane i zostało na nowo przekute. Ongi wykuł je Telchar w zamierzchłej przeszłości. Prócz spadkobiercy Elendila każdy, kto by jego miecza dobył, padnie rażony śmiercią. Odźwierny cofnął się o krok i ze zdumieniem spojrzał na Aragorna. - Rzekłby kto, że przybyłeś z niepamiętnych czasów na skrzydłach legendy - powiedział. - Będzie, jak rozkazujesz. - Ano, w towarzystwie Andurila może i mój toporek bez wstydu odpocząć - mruknął Gimli i położył oręż na ziemi. - Zrobiliśmy wszystko, czego od nas żądałeś. Prowadź teraz do swego króla! Lecz odźwierny jeszcze się wahał. - Masz laskę - zwrócił się do Gandalfa. - Wybacz, ale kij także musisz zostawić pod drzwiami. - Od rzeczy gadasz! - odparł Gandalf. - Co innego przezorność, a co innego grubiaństwo. Jestem stary. Jeśli nie pozwolisz mi wspierać się na lasce, siądę tutaj i poczekam, aby Theoden raczył do mnie wyjść na pogawędkę. Aragorn zaśmiał się. - Każdy ma jakiś skarb, który zanadto miłuje, by go powierzyć w cudze ręce. czy każecie starcowi wyzbyć się jedynej podpory? Pozwólcie nam wreszcie wejść. - Laska w ręku czarodzieja to pewnie coś więcej niż tylko podpora starości - odparł Hama. Uważnie przyjrzał się jesionowej różdżce, na której opierał się Gandalf. - Lecz w przypadku wątpliwym wolno uczciwemu człowiekowi powodować się własnym sądem. Wierzę, że jesteście nam przyjaciółmi, godnymi zaufania gośćmi, którzy nie żywią złych zamiarów. Wejdźcie! Gwardziści odsunęli ciężkie rygle i pchnęli drzwi, które otworzyły się z wolna, ze zgrzytem zawiasów. Goście weszli. Wnętrze wydało się ciemne i gorące w porównaniu z jasnością i świeżością pagórka. Sień była długa, obszerna, pełna cieni i półświateł. Potężne filary wspierały wysoki strop. lecz tu i ówdzie snopy słonecznego blasku padały z okien zwróconych na wschód i umieszczonych w górze pod szerokimi okapami. Przez wycięty w stropie otwór smużki dymu wzbijały się ku blademu błękitowi nieba. Gdy oczy przybyszów nawykły do półmroku, dostrzegli, że posadzka ułożona jest z różnobarwnych kamieni i że znaki runiczne oraz dziwne napisy wiją się po niej u ich stóp. Zauważyli, że filary są bogato rzeźbione i lśnią matowym złotem mieniąc się przygaszonymi kolorami. Na ścianach wisiały rozpięte ogromne tkaniny, przedstawiające postacie z dawnych legend, niektóre spłowiałe ze starości, a niektóre zatarte w mroku. Lecz jeden z tych obrazów jaśniał w pełnym słonecznym blasku; wyobrażał on młodego rycerza na białym koniu. Młodzieniec dął w wielki róg, a złote włosy rozwiewał mu wiatr. Koń miał głowę podniesioną, czerwone nozdrza, szeroko rozdęte, węszyły w oddali bitwę. Pienista zielona i biała woda sięgała mu burzliwą falą do kolan. - Patrzcie! To Eorl Młody! - rzekł Aragorn. - Tak wyglądał, gdy wyruszał z północy, aby stoczyć bitwę nad Kelebrantem. Czterej przyjaciele szli dalej. Minęli ogień płonący pośrodku sali na wydłużonym kamiennym palenisku. Pod przeciwległą ścianą domu, za ogniskiem, na wprost wychodzących na północ drzwi, trzy szerokie stopnie prowadziły na wzniesienie. Tam, we wspaniałym złoconym fotelu siedział starzec, tak zgarbiony pod brzemieniem lat, że wyglądał niemal jak karzeł. Długie siwe włosy splecione w grube warkocze opadały spod wąskiej złotej przepaski otaczającej mu skronie. Osadzony pośrodku czoła lśnił jeden jedyny biały diament. Broda biała jak śnieg sięgała do kolan starca. Oczy tylko świeciły jeszcze żywym blaskiem i roziskrzyły się, kiedy władca spojrzał na przybyszy. Za jego fotelem stała kobieta w białej sukni. U nóg, na stopniach wzniesienia przysiadł chudy człowiek; twarz miał bladą i chytrą, a powieki opuchnięte. Chwilę trwała cisza. Starzec nie drgnął nawet w swoim fotelu. W końcu odezwał się Gandalf: - Witaj, Theodenie, synu Thengla! Wróciłem. Albowiem burza nadciąga i wszyscy przyjaciele powinni trzymać się w gromadzie, żeby każdego z osobna nie powaliła wichura. Starzec z wolna dźwignął się na nogi, ciężko oparty na krótkiej czarnej lasce z białą kościaną gałką. teraz dopiero ci, co widzieli go po raz pierwszy, przekonali się, że mimo przygarbienia, Theoden jest mężem olbrzymiego wzrostu, a za młodu musiał zadziwiać wspaniałą postawą. - Witaj - rzekł. - Może oczekiwałeś, że powitam cię radośnie. Jeśli wszakże mam być szczery, twoje odwiedziny są wątpliwą radością dla tego domu, mistrzu Gandalfie. Zawsze jesteś zwiastunem nieszczęść. Troski ciągną za tobą jak kruki, a za każdym twoim zjawieniem gorsze. Nie będę cię łudził: gdym usłyszał, że Gryf wrócił z pustym siodłem, ucieszyłem się z odzyskania rumaka, lecz jeszcze bardziej ze zguby jeźdźca. A gdy Eomer przyniósł wiadomość, że ty, Gandalfie, odszedłeś wreszcie do swej wiekuistej ojczyzny, nie płakałem po tobie. Lecz wieści z daleka rzadko się sprawdzają. Oto znów jesteś tutaj! I przynosisz, jak można się spodziewać, nowiny jeszcze bardziej złowróżbne niż poprzednio. Czemuż miałbym się cieszyć z twego widoku, Gandalfie, zwiastunie burzy? Odpowiedz! I powolnym ruchem król opadł znów na swój fotel. - Słuszne są twoje słowa, panie! - odezwał się blady dworzanin siedzący na stopniach u nóg króla. - Ledwie pięć dni upłynęło od żałobnej wieści, że na polach Zachodniej Marchii poległ twój syn, Theodred, prawa ręka króla i Drugi Marszałek Rohanu. Eomerowi nie sposób zaufać. Gdyby on tu rządził, niewielu zostałoby obrońców w murach twojej stolicy. A właśnie z Gondoru doszły nas ostrzeżenia, że Czarny Władca gotuje napaść od wschodu. W takiej to godzinie ten włóczęga zjawia się znów u nas. Jakże możemy witać cię chętnym sercem, zwiastunie nieszczęścia? Lathspell - takie dałem ci imię: Zła Nowina. Zły to gość, który złe wieści przynosi. Zaśmiał się szyderczo i podnosząc na moment ciężkie powieki błysnął ku obcoplemieńcom ponurymi czarnymi oczyma. - Uchodzisz za mędrca, Smoczy Języku, i niewątpliwie jesteś wielką podporą królowi - odparł Gandalf cichym głosem. - Ale można być zwiastunem złych wieści na różne sposoby. Można być ich sprawcą albo też przyjacielem, który w szczęściu opuszcza, lecz w potrzebie zjawia się z pomocą. - Tak - odparł Smoczy Język - jest również trzecia odmiana. Są ci, co ogryzają kości, mieszają się do cudzych spraw, drapieżcy, tuczący się na wojnach. Jaką pomoc dałeś nam kiedykolwiek, kruku? Jaką dzisiaj przynosisz? Kiedy byłeś tu ostatnim razem, szukałeś u nas pomocy dla siebie. Król pozwolił ci wybrać konia, byleś stąd odjechał. Ku powszechnemu oburzeniu ośmieliłeś się wybrać Gryfa. Króla bardzo dotknęło to zuchwalstwo. Lecz niejeden z nas sądził, że warto zapłacić każdą cenę, żeby tylko pozbyć się ciebie. Pewny jestem, że i tym razem wyjdzie to samo szydło z worka i zażądasz od nas pomocy zamiast jej nam udzielić. Czy przyprowadziłeś wojowników? Czy masz konie, miecze, włócznie? To bowiem byłaby pomoc i tego nam dziś potrzeba. Ale któż z tobą przyszedł? Trzech obdartusów w szarych łachmanach, a ty bardziej jeszcze niż oni wyglądasz na żebraka! - Widzę, Theodenie, synu Thengla, że ostatnimi czasy grzeczność staniała na twym dworze - rzekł Gandalf. - Czy wartownik, którego od bramy przysłałem, nie powiedział ci imion moich towarzyszy? Rzadko władcy Rohanu podejmowali w swoim domu równie godnych gości. Oręż, który zostawiliśmy na twoim progu, wart jest czci najmożniejszego nawet śmiertelnika. Moi przyjaciele noszą płaszcze szare, bo tak ich okryły elfy, aby mogli przemknąć przez cienie straszliwych niebezpieczeństw i dotrzeć aż do tej sali. - A więc prawdę mówił Eomer, że jesteście sojusznikami czarownicy ze Złotego Lasu? - rzekł Smoczy Język. - Nie dziwi mnie to wcale, bo sieci zdrady zawsze motano w Dwimordenie. Gimli postąpił krok naprzód, lecz ręka Gandalfa spadła na jego ramię i powstrzymała go w miejscu. Krasnolud stanął jak skamieniały. W Dwimordenie, w Lorienie Rzadko ludzkie błądzą cienie, Rzadko człowiek widzi blask, Który lśni tam cały czas. Galadrielo, patrz, przejrzysta Woda w studni twej i czysta. Biała gwiazda w białej dłoni. Niezniszczalny, niesplamiony, Liść i kraj - o piękne ziemie W Dwimordenie, w Lorienie, Ponad ludzkie rozumienie! Gandalf prześpiewał z cicha, lecz wyraźnie tę pieśń. nagle przeobraził się cały. Odrzucił łachman płaszcza, wyprostował się, nie korzystając już z podpory laski, i przemówił dźwięcznym, zimnym głosem: - Mądry człowiek mówi tylko o tym, na czym się zna, Grimo, synu Galmoda. Tyś odezwał się jak bezrozumny gad. Milcz lepiej, trzymaj za zębami swój jadowity język. Nie po to przeszedłem przez ogień i wodę, żeby w oczekiwaniu na grom bawić się sporem z kłamliwym sługusem. Podniósł laskę. Zahuczał grzmot. Słońce we wschodnich oknach zgasło i noc wypełniła salę. Ogień na palenisku zbladł i zszarzał na popiół. W mroku nie było widać nic prócz postaci Gandalfa, smukłej i białej, górującej nad poczerniałym ogniskiem. Głos Smoczego Języka zasyczał w ciemnościach: - Czyż nie radziłem ci, królu, byś zabronił mu wejść z laską? Dureń Hama zdradził nas! Błysnęło, jakby piorun rozszczepił strop. Potem zaległa znów cisza. Smoczy Język przypadł twarzą do ziemi. - Czy teraz zechcesz mnie wysłuchać, Theodenie, synu Thengla? - spytał Gandalf. - Czy przyszedłem prosić was o pomoc? - Podniósł laskę i wskazał nią okno w stropie. Na niebie mrok jakby się rozpraszał i wysoko w górze przeświecała już plama pogodnego błękitu. - Ciemności nie ogarnęły całego świata. Nabierz ducha, władco Rohanu, bo lepszej pomocy próżno byś szukał. Nie mam rad dla tych, którzy zrozpaczyli o ratunku. Ale tobie chcę udzielić rady i przynoszę ci słowa otuchy. Czy chcesz je usłyszeć? Nie dla wszystkich uszu są przeznaczone. Błagam cię, wyjdź ze mną przed próg i spójrz na swój kraj. Zbyt długo już ślęczysz w mroku dając posłuch kłamliwym wiadomościom i przewrotnym podszeptom. Z wolna Theoden dźwigał się z fotela. Nikłe światło znów rozjaśniło salę. Kobieta w białej sukni pospieszyła do boku króla i ujęła go pod ramię, gdy starzec chwiejnym krokiem zstępował ze wzniesienia, a potem szedł przez salę ku drzwiom. Smoczy Język wciąż leżał na podłodze. Gdy zbliżyli się do drzwi, Gandalf zapukał w nie. - Otwórzcie! - krzyknął. - Król idzie! Drzwi otworzyły się, a powiew świeżego powietrza ze świstem wtargnął do wnętrza. Wiatr dął na pagórku. - Odeślij, panie, swoją przyboczną straż na niższe stopnie schodów - rzekł Gandalf. - A ty, pani, zachciej nas zostawić samych z królem. Obiecuję ci czuwać nad nim. - Idź, Eowino, córko mej siostry! - powiedział sędziwy król. - Czas trwogi już przeminął. Kobieta zawróciła wolnym krokiem do pałacu. W progu obejrzała się raz jeszcze. Oczy miała poważne i zadumane, a na króla patrzała ze spokojną litością. Była bardzo piękna, włosy spływały na jej ramiona jak rzeka złota. W białej sukni przepasanej srebrem wydawała się smukła i wiotka, lecz zarazem mocna jak stal i dumna, jak przystało córce królów. Tak się zdarzyło, że Aragorn w pełnym świetle dnia zobaczył Eowinę, księżniczkę Rohanu, piękną i chłodną jak poranek wczesnej wiosny, nie rozkwitłą jeszcze pełnią kobiecej urody. I w tej samej chwili ona dostrzegła Aragorna; spadkobierca królewskiego rodu, mądry mądrością wielu zim, chwałę swoją krył pod szarym płaszczem, lecz Eowina ją wyczuła. na sekundę jakby skamieniała w bezruchu, lecz zaraz ocknęła się, odwróciła i szybko odeszła. - A teraz, królu - rzekł Gandalf - spójrz na swój kraj! Odetchnij znowu świeżym powietrzem! Z podsienia na szczycie wysokiego tarasu otwierał się ponad potokiem widok na zielony step Rohanu ginący w szarej dali. Skośne smugi deszczu, smaganego wiatrem, łączyły niebo z ziemią. Od zachodu ciągnęły ciemne chmury i gdzieś daleko wśród niewidocznych szczytów co chwila migotały błyskawice. lecz wiatr już się zmienił, wiał teraz od północy i burza, która nadeszła od wschodu, cofała się na południe, ku morzu. Nagle przez rozdarte chmury przebił się snop słonecznych promieni. Deszcz roziskrzył się jak srebro, a rzeka w oddali rozbłysła jak lustrzana tafla. - Tutaj nie jest tak ciemno - rzekł Thoeden. - Nie jest ciemno - odparł Gandalf - a wiek nie przytłacza twoich ramion tak, jak niektórzy chcieliby ci wmówić. Odrzuć laskę! Czarna laska z brzękiem wypadła z ręki króla na kamienie. Theoden prostował się z wolna, jak ktoś, kto odrętwiał dźwigając przez długi czas zbyt ciężkie brzemię. Stał teraz prosty i wysoki, a gdy spojrzał w otwarte niebo, oczy jego były znów błękitne. - Ponury sen dręczył mnie ostatnimi czasy - powiedział - lecz w tej chwili jakbym się zbudził nareszcie. szkoda, żeś nie przyszedł wcześniej, Gandalfie. Lękam się bowiem, że jest już za późno i że przybyłeś po to tylko, by ujrzeć ostatnie dni mojego rodu. Nie będzie już stał długo ten wyniosły dwór, który wzniósł Brego, syn Eorla. Ogień zniszczy nasze górskie gniazdo. Cóż jeszcze można zdziałać? - Bardzo wiele - odparł Gandalf. - Przede wszystkim przywołaj Eomera. Bo chyba trafnie odgadłem, że uwięziłeś go za radą Grimy, którego wszyscy prócz ciebie zwą Smoczym Językiem? - Tak jest - rzekł Theoden. - Eomer zbuntował się przeciw moim rozkazom i w moim domu groził Grimie śmiercią. - A przecież można kochać ciebie nie kochając Smoczego Języka i jego rad - rzekł Gandalf. - Może masz słuszność. Zrobię, czego sobie życzysz. Zawołaj tu Hamę. Skoro okazał się niegodny zaufania jako odźwierny, niech będzie gońcem. Winowajca sprowadzi drugiego winowajcę na sąd - rzekł Theoden; chociaż mówił to surowym głosem, uśmiechnął się do Gandalfa, a w tym uśmiechu sieć smutnych zmarszczek na jego twarzy wygładziła się i zniknęła bezpowrotnie. Gdy Hama przywołany pobiegł wypełnić zlecenie, Gandalf zaprowadził Theodena na kamienną ławę, a sam siadł przy nim na najwyższym stopniu schodów. Aragorn i jego towarzysze stali opodal. - Nie starczy czasu, żeby powiedzieć ci wszystko, o czym powinieneś usłyszeć - rzekł Gandlaf. - Jeśli wszakże nie łudzi mnie nadzieja, wkrótce będę mógł z tobą pomówić obszerniej. Wiedz, królu, że grozi ci niebezpieczeństwo straszniejsze niż koszmary, którymi Smoczy Język osnuł twoje sny. Lecz teraz już nie spisz. Żyjesz! Dwa kraje - Gondor i Rohan - nie są osamotnione. Siła nieprzyjaciela przerasta nasze wyobrażenie, a jednak przyświeca nam nadzieja, o której on nic nie wie. Gandalf zaczął mówić szybko, głosem tak ściszonym, że nikt prócz króla nie słyszał jego słów. Lecz w miarę jak Czarodziej mówił, oczy Theodena zapalały się coraz żywszym blaskiem, aż wreszcie król wstał w całej okazałości ogromnego wzrostu, żeby z Gandalfem u boku spojrzeć z wyżyny ku wschodowi. - Tak jest - rzekł Gandalf głosem już teraz doniosłym i wyraźnym - w tej stronie, gdzie czai się najstraszniejsza groźba, świta także nadzieja. Los waży się na wątłej nitce. Ale nadzieja istnieje i nie zgaśnie, jeżeli przynajmniej przez krótki jeszcze czas oprzemy się podbojowi. Wszyscy zwrócili oczy na wschód. Ponad rozległymi otwartymi polami, tam, dalej niż sięgał wzrok, trwoga i nadzieja niosły ich myśli, aż za posępny wał gór, do krainy Cieni. Gdzie był w tej chwili powiernik Pierścienia? Jakże wątła była ta niteczka, na której zawisł los! Legolasowi, kiedy wytężył swoje bystre oczy elfa, wydało się, że dostrzega jasny błysk: odbicie słońca na szczycie odległej Wieży Czat - Minas Tirith. A jeszcze dalej, nieskończenie dalekie, a przecież bardzo bliskie niebezpieczeństwo: nikły język płomienia. Theoden usiadł ciężko, jakby znużenie jeszcze wciąż walczyło w nim z wolą Gandalfa. Podniósł oczy na swój wspaniały dom. - Szkoda - powiedział - że złe dni nastały za mojego właśnie życia i wtedy dopiero, kiedy się zestarzałem i oczekiwałem zasłużonego odpoczynku. Szkoda mężnego Boromira! Młodzi giną, a zostają uwiędli starcy. Ścisnął kolana pomarszczonymi rękami. - Twoje palce przypomną sobie dawną siłę, jeśli dotkną znowu rękojeści miecza - powiedział Gandalf. Theoden wstał i sięgnął ręką do boku, lecz u jego pasa nie było miecza. - Gdzież ten Grima schował mój miecz? - mruknął do siebie. - Weź mój, ukochany królu! - odezwał się jasny głos. - ten miecz zawsze tobie tylko służył! Dwaj mężowie cicho weszli po schodach i stali już o parę zaledwie stopni od szczytu. Jednym z nich był Eomer. Nie miał na głowie hełmu ani pancerza na piersi, lecz w ręku trzymał obnażony miecz. Przykląkł i podał go rękojeścią naprzód swojemu władcy. - Jakże się to stało? - spytał surowo Theoden. Zwrócił się do Eomera, a przybysze patrzyli zdumieni na króla, tak stał się wysoki, dumny i prosty. Gdzie podział się zgrzybiały starzec, którego tak niedawno widzieli skulonego w fotelu albo ciężko wspierającego się na lasce? - Moja to sprawa - odparł drżąc Hama. - Zrozumiałem, że Eomer ma być uwolniony. Z nadmiaru radości może zbłądziłem. Lecz skoro odzyskuje wolność, a jest marszałkiem Rohanu, zwróciłem mu jego miecz, o który mnie prosił. - Po to, żeby go złożyć u twoich stóp, królu - rzekł Eomer. Przez chwilę trwało milczenie. Theoden z góry spoglądał na klęczącego przed nim rycerza. Nikt się nie poruszył. - Królu, czy nie weźmiesz tego miecza? - spytał Gandalf. Theoden powoli wyciągnął rękę. Kiedy palce jego dotknęły rękojeści, patrzącym wydało się, że widzą, jak nowa siła wypełnia zwiędłe ramię. nagle król podniósł miecz do góry i zakręcił nim młyńca, aż sypnęły się skry i powietrze zafurkotało. Krzyknął głośno. czystym, dźwięcznym głosem rozbrzmiała w języku Rohirrimów pobudka do broni: Wstańcie, jeźdźcy Theodena! czas drogi nadszedł, chmurzy się wschód, Siodłajcie konie, dmijcie w rogi! Naprzód, Eorla plemię! Gwardziście myśląc, że to ich król wzywa, pędem wbiegli po schodach. Ze zdumieniem spojrzeli na swego władcę i jak jeden mąż dobyli mieczy, żeby je złożyć u jego nóg. - Prowadź, królu! - krzyknęli. - Westu Theoden hal! - zawołał Eomer. - Co za radość ujrzeć cię znowu w pełni sił, panie! Nikt już teraz nie ośmieli się gadać, że Gandalf nie przynosi nic prócz trosk. - Weź swój miecz, Eomerze, synu mojej siostry - powiedział król. - A ty, Hamo, poszukaj mojego. Grima wziął go na przechowanie. Jego też tutaj przyprowadź. Gandalfie, mówiłeś, że masz dla mnie radę, jeśli zechcę ją od ciebie przyjąć. Jakaż twoja rada? - Jużeś jej posłuchał - odparł Gandalf - skoro zaufałeś Eomerowi, zamiast wierzyć tamtemu przewrotnemu doradcy. Odrzuciłeś żal i strach. Postanowiłeś działać. Wszystkich mężów zdolnych dosiąść konia wypraw niezwłocznie na zachód, jak radził Eomer. Trzeba zażegnać groźbę ze strony Sarumana, póki czas. Jeżeli to się nie uda - zginiemy. Jeżeli się uda, stawimy z kolei czoło następnemu zadaniu. Ci, co zostaną, kobiety, dzieci i starcy, niech uciekają stąd do obronnych grodów, które masz w górach. Są pewnie przygotowani na ciężkie godziny, jakie się teraz zbliżają. Powinni wziąć z sobą zapasy żywności, lecz nie wolno odkładać ucieczki ani też obciążać się skarbami, czy to bogatymi, czy też skromnymi. Gra idzie o życie. - Rada zdaje się dobra - odparł Theoden. - Ogłoście, niech lud zbiera się do drogi. lecz wy, moi goście... Prawdę rzekłeś, Gandalfie, że grzeczność staniała na moim dworze. Jechaliście całą noc, a teraz zbliża się już południe. Nie pokrzepiliście się snem ani jadłem! Każę natychmiast przygotować gospodę, musicie przespać się i najeść. - Nie, królu - rzekł Aragorn. - Jeszcze nie pora nam odpoczywać. Wojownicy Rohanu siadają na koń, z nimi będzie nasz topór, łuk i miecz. Nie po to przynieśliśmy broń, aby próżnowała pod ścianą twego domu, władco Rohanu. Przyrzekłem Eomerowi, że u jego boku dobędę miecza we wspólnej walce. - Teraz zaprawdę mamy nadzieję zwycięstwa - rzekł Eomer. - Nadzieję mamy - powiedział Gandalf. - Ale Isengard jest potężny. Inne też niebezpieczeństwa zbliżają się ku nam. Nie zwlekaj, Theodenie, po naszym odjeździe zaraz poprowadź swój lud do Warowni Dunharrow, w góry. - Nie, Gandalfie! - odparł król. - Nie znasz, jak widzę, siły swoich leków. Inaczej się stanie. Wyruszę razem z moimi wojownikami do walki i polegnę w boju, jeśli tak być musi. Lepszym wówczas zasnę snem. - A więc nawet gdyby Rohan poniósł klęskę, pieśń ją okryje chwałą - rzekł Aragorn. Zbrojni mężowie stojący opodal dobyli broni krzycząc: - Król z nami! Naprzód, synowie Eorla! - Ale nie powinieneś zostawiać ludu bez broni i bez pasterza - rzekł Gandalf. - Któż go poprowadzi i kto będzie nim rządził? - Pomyślę o wyborze swojego zastępcy, nim wyruszę - odparł Theoden. - Oto idzie mój doradca. Właśnie z pałacu wracał Hama, a za nim, skulony między dwoma eskortującymi go ludźmi, Grima Smoczy Język. Był bardzo blady. Wychodząc na słońce zmrużył oczy. Hama ukląkł i podał Theodenowi długi miecz w pochwie ze złotymi okuciami i wysadzanej drogocennymi zielonymi kamieniami. - Oto, królu, Herugrim, twój starożytny oręż - powiedział. - Znalazłem go w skrzyni Grimy. Wzdragał się oddać mi klucze. Jest tam wiele innych rzeczy, które różnym osobom zginęły. - Kłamiesz! - zawołał Smoczy Język. - Król sam oddał mi swój miecz na przechowanie. - A więc dzisiaj żąda zwrotu - rzekł Theoden. - Czy ci to nie w smak? - Cóż znowu, królu! - odparł Smoczy Język. - Dbam o ciebie i twoje sprawy jak najtroskliwiej. Lecz nie przeceniaj swoich sił. Zdaj na kogoś innego zabawianie tych niemiłych gości. Za chwilę podadzą obiad. Czy nie raczysz zasiąść do stołu? - Raczę - rzekł Theoden. - I wraz ze mną zasiądą goście. Wojsko dziś rusza w pole. Niech heroldowie otrąbią pobudkę. Wezwać wszystkich, kto żyw w grodzie. Mężczyźni, młodzi chłopcy, ktokolwiek zdolny jest do noszenia broni, a ma wierzchowca, niech stawi się konno u bramy przed drugą godziną popołudnia. - Królu miłościwy! - krzyknął Smoczy Język. - Sprawdzają się moje obawy. ten czarodziej opętał cię. czyż nikt nie zostanie do obrony Złotego Dworu twoich przodków i skarbca? Nikt nie będzie strzegł bezpieczeństwa króla Rohanu? - Jeśli to opętanie - odparł Theoden - więcej w nim zdrowia niż w twoich podszeptach. Gdybym twoich leków dłużej zażywał, wkrótce bym pewnie chodził na czworakach jak zwierz. Nie, nikt nie zostanie, nawet Grima. Grima pójdzie także. Żywo! Może zdążysz jeszcze oczyścić z rdzy twój miecz. - Litości, panie! - jęknął Smoczy Język przypadając do ziemi. - Zmiłuj się nade mną! W twojej służbie strawiłem wszystkie siły. Nie oddalaj mnie od siebie. Niechże chociaż ja stoję u twego boku, gdy wszyscy cię opuszczą. Nie odtrącaj swego Grimy! - Mam nad tobą litość - rzekł Theoden - i nie oddalam cię od mego boku. Ja bowiem ruszam wraz z moim wojskiem w pole. Wzywam cię, żebyś jechał ze mną i w ten sposób dał dowód wierności. Smoczy Język powiódł wzrokiem po twarzach obecnych. Oczy jego miały taki wyraz, jak ślepia zaszczutego zwierzęcia, gdy szuka wyłomu w pierścieniu osaczających go łowców. Długim bladym językiem oblizał wargi. - Można było spodziewać się takiego postanowienia po dostojnym dziedzicu Eorla, mimo jego sędziwych lat - rzekł. - Lecz ci, którzy prawdziwie go miłują, powinni by szczędzić jego starości. Widzę jednak, że za późno przyszedłem. Inni doradcy, których śmierć mojego króla tak jak mnie nie zasmuci, już go przeciągnęli na swoją stronę. Skoro nie mogę odrobić tego, co tamci zrobili, wysłuchaj, królu, chociaż jednej mojej prośby. Zostaw w grodzie zastępcę, który zna twoje zamysły i szanuje twoją wolę. Wyznacz godnego namiestnika. Pozwól, by twój najwierniejszy doradca, Grima, strzegł porządku, póki nie wrócisz - a błagam los, by dał nam co rychlej ujrzeć cię z powrotem, jakkolwiek zdrowy rozsądek nie usprawiedliwia tej nadziei. Eomer roześmiał się. - A jeśli twoja prośba nie wystarczy, żeby uchronić cię od udziału w boju, szlachetny Grimo, jaki inny mniej zaszczytny urząd raczysz przyjąć? - spytał. - Może zgodzisz się dźwigać do górskiej warowni wory z mąką, jeżeli oczywiście znajdzie się ktoś, kto zechce je tobie powierzyć. - Nie, Eomerze, nie pojąłeś w pełni myśli czcigodnego Smoczego Języka - powiedział Gandalf zwracając na zdrajcę przenikliwe spojrzenie. - Smoczy Język jest odważny i chytry. Igra nawet w tej chwili z niebezpieczeństwem i wygrywa jeden przynajmniej rzut kości. Już ukradła sporo mojego czasu. Na ziemię, gadzino! - krzyknął nagle gromkim głosem. - Brzuchem w proch! Gadaj, od jak dawna służysz Sarumanowi? Jaką ci przyrzekł zapłatę? Kiedy inni mężowie polegną, tyś miał zostać i wybrać swoją część ze skarbca, a także wziąć sobie tę, której pożądasz. Zbyt długo przyglądałeś się jej ukradkiem i śledziłeś każdy jej krok. Eomer porwał za miecz. - Wiedziałem o tym - wyjąkał. - Dlatego właśnie chciałem go wówczas zabić, nie pomnąc na prawa królewskiego domu. Są wszakże inne jeszcze powody. Wystąpił naprzód, ale Gandalf chwycił go za ramię. - Eowina jest już bezpieczna - rzekł. - Lecz ty, Smoczy Języku, robiłeś dla swojego prawdziwego pana, co było w twojej mocy. Zasłużyłeś na jakąś nagrodę. Saruman jednak łatwo zapomina o przyrzeczeniach. Radziłbym ci pospieszyć do niego i przypomnieć mu o nich, bo może nie zechce pamiętać o twoich zasługach. - Kłamiesz - powiedział Smoczy Język. - Zbyt często słowo to wraca na twoje usta - rzekł Gandalf. - Ja nie kłamię. Widzisz, Theodenie, tego gada? Nie jest dla ciebie bezpiecznie brać go z sobą ani też pozostawiać w domu. Najsłuszniej byłoby ściąć mu łeb. Ale nie zawsze był podłym gadem jak dziś. Kiedyś był człowiekiem i służył ci na swój sposób. Daj mu konia. Niech natychmiast odjedzie, dokąd zechce. Osądzisz go, królu, wedle wyboru, jakiego dokona. - Słyszysz, Smoczy Języku? - spytał Theoden. - Wybieraj! Jedź ze mną na wojnę, a podczas bitwy przekonamy się o twojej wierności. Albo też jedź, dokąd chcesz, lecz jeśli spotkamy się kiedyś znowu, nie będę miał wówczas nad tobą litości. Smoczy Język z wolna podniósł się z ziemi. Popatrzył na zebranych spod ciężkich powiek. Na ostatku spojrzał w twarz Theodena i otworzył usta, jakby chcąc coś powiedzieć. nagle sprężył się cały. Zamachał rękami. Oczy mu rozbłysły, a tyle w nich było złośliwości, że wszyscy cofnęli się jak przed gadem. Wyszczerzył zęby, wciągnął dech ze świstem i niespodziewanie strzyknął śliną tuż pod nogi króla. Potem odskoczył na bok i puścił się pędem po schodach w dół. - Biegnij tam który za nim! - zawołał Theoden. - Przypilnować trzeba, żeby nikomu krzywdy nie wyrządził, ale nie bijcie go ani nie zatrzymujcie. Dać mu konia, jeśli zechce. - I jeśli któryś koń zechce go nosić - rzekł Eomer. Jeden z gwardzistów pobiegł za zdrajcą, inny przyniósł w hełmie wodę, zaczerpniętą ze studzienki u stóp tarasu, i starannie umył kamienie, splugawione śliną Smoczego Języka. - A teraz proszę do stołu, mili goście - powiedział Theoden. - Zjemy co się da naprędce. Wrócili do Dworu. Z dołu już dochodziły wołania heroldów i głos wojennych rogów. Król bowiem postanowił wyruszyć, gdy tylko mężowie z grodu i najbliższych osiedli zdążą się uzbroić i zgromadzić. Za stołem królewskim zasiedli czterej goście i Eomer, a usługiwała królowi jego siostrzenica, Eowina. Jedli i pili pospiesznie. Theoden rozpytywał Gandalfa o Sarumana, inni przysłuchiwali się w milczeniu. - Któż zgadnie, kiedy wylęgła się zdrada? - rzekł Gandalf. - Saruman nie zawsze był zły. Nie wątpię, że kiedyś żywił szczerą przyjaźń dla Rohanu, a nawet potem, gdy już w nim serce stygło, sprzyjał wam, ponieważ byliście mu użyteczni. Lecz już od wielu lat spiskował na waszą zgubę, udając przyjaciela i cichcem gromadząc siły. Smoczy Język miał wtedy łatwe zadanie, a w Isengardzie wiedziano o wszystkim, co się u was działo, bo kraj był otwarty, obcoplemieńcy kręcili się po nim do woli. Smoczy Język wciąż szeptał swoje rady do twego, królu, ucha i zatruwał twoje myśli, mroził serce, osłabiał ciało, inni zaś widzieli to, lecz nic nie mogli zrobić, bo ten gad opanował twoją wolę. Kiedy uciekłem z Orthanku i ostrzegłem cię, maska opadła z twarzy Sarumana, przynajmniej w oczach tych, którzy chcieli dostrzec prawdę. odtąd gra Smoczego Języka stała się niebezpieczna. Usiłował stale powstrzymywać cię od czynu, nie dopuszczać do skupienia wszystkich sił Rohanu. Zręczny był: usypiał czujność albo też podsycał strach, zależnie od okoliczności. Czy pamiętasz, jak uparcie nalegał, żeby ani jednego wojownika nie wysyłać przeciw urojonym groźbom na północy, skoro bezpośrednie niebezpieczeństwo grozi od wschodu? Wymógł na tobie, że zabroniłeś Eomerowi ścigania grasujących po stepie orków. gdyby nie to, że Eomer odmówił posłuchu rozkazom Smoczego Języka, przemawiającego ustami króla, orkowie dotarliby spokojnie do Isengardu razem ze swoim bezcennym łupem. Nie była to wprawdzie zdobycz, której Saruman ponad wszystko pożąda, ale bądź co bądź dwaj członkowie naszej drużyny, uczestnicy tajemnej nadziei, o której nawet tobie, królu, nie śmiem mówić otwarcie. Czy nie wzdragasz się na myśl o strasznych mękach, jakie w tej chwili ci dwaj cierpieliby z rąk katów, albo na myśl o tym, jakie tajemnice wydarłby z nich Saruman, ku naszej nieuchronnej zgubie? - Wiele zawdzięczam Eomerowi - rzekł Theoden. - Człowiek wiernego serca nieraz miewa krnąbrny język. - Dodaj, królu - odparł Gandalf - że prawda miewa skrzywione oblicze, jeśli na nią patrzą fałszywe oczy. - Moje oczy były zaiste niemal ślepe - rzekł Theoden. - Najwięcej jednak wdzięczności tobie jestem winien, miły gościu. Tym razem znowu zjawiłeś się w samą porę. Pragnę ci ofiarować jakiś dar, zanim ruszymy w drogę. Wybierz, co chcesz. Rozporządzaj wszystkim, co mam. jedno tylko zastrzegam: swój miecz. - czy zjawiam się w porę, to dopiero przyszłość pokaże - odparł Gandalf. - A co do podarku, wybieram, królu, to, czego bardzo mi potrzeba: szybkiego i wiernego wierzchowca. Daj mi Gryfa. Przedtem pożyczyłeś go tylko, jeśli można to nazwać pożyczką. Teraz jednak pojadę na nim w bój bardzo niebezpieczny, rzucę do gry srebro przeciw czerni. Nie chciałbym ryzykować czymś, co do mnie nie należy. A przy tym, jest już między mną a tym koniem więź przyjaźni. - Dobrze wybrałeś - rzekł Theoden. - Dam ci go bardzo chętnie. Ale to cenny dar. Nie ma drugiego takiego konia na świecie. W nim odrodziły się wspaniałe rumaki z dawnych dni. Lecz żaden z nich nie wróci już więcej. I ciebie, Gandalfie, i wszystkich gości proszę, by prócz tego wybrali sobie, co wyda im się przydatne z mojej zbrojowni. Miecz nie potrzebujecie, lecz są u nas hełmy i zbroje pięknej roboty, które przodkowie moi dostawali w darze od sąsiadów z Gondoru. Zanim ruszymy, weźcie, co wam się spodoba, i oby wam służyło na szczęście. Zaraz też ludzie królewscy przynieśli ze skarbca sprzęt wojenny i ubrali Aragorna oraz Legolasa w lśniące zbroje. Obaj też wybrali sobie hełmy i krągłe tarcze ze złotymi guzami, wysadzane zielonymi, czerwonymi i białymi kamieniami. Gandalf nie wziął zbroi, a Gimli nie potrzebował jej, nawet gdyby się znalazło w Edoras coś na jego miarę, bo próżno by szukać u ludzi kolczugi lepszej niż krótki pancerz z łusek, który dla krasnala wykuto pod Samotną Górą na północy. Wybrał sobie jednak czapkę z żelaza i skóry, dobrze pasującą na jego okrągłą głowę, a także małą tarczę. Był na niej wymalowany biały koń w galopie na zielonym polu - godło rodu Eorla. - Niech cię osłania skutecznie! - rzekł Theoden. - Zrobiono tę tarczę dla mnie za życia króla Thengla, kiedy byłem małym chłopcem. Gimli skłonił się nisko. - Z dumą, królu, będę nosił twoje godło na tarczy - powiedział. - Wolę doprawdy nosić konia niż go dosiadać. Chętniej polegam na własnych nogach. Może jeszcze znajdę się w takiej bitwie, gdzie będę mógł walczyć pieszo. - Bardzo być może! - odparł Theoden. Król wstał, Eowina zaś podeszła do niego z pucharem pełnym wina. - Ferthu Theoden hal! - powiedziała. - Przyjmij ten kielich i wypij za pomyślność wyprawy. Jedź szczęśliwie i wracaj w dobrym zdrowiu! Gdy Theoden upił nieco z pucharu, księżniczka Rohanu podawała go kolejno wszystkim gościom. Przed Aragornem zatrzymała się na długą chwilę i podniosła ku niemu błyszczące oczy. Aragorn spojrzał z uśmiechem w jej piękną twarz; gdy brał kielich, ręce ich spotkały się i poczuł, że księżniczka zadrżała. - Bądź zdrów, Aragornie, synu Arathorna! - powiedziała. - Bądź zdrowa, księżniczko Rohanu! - odparł, lecz twarz mu spochmurniała i uśmiech zniknął z warg. Wypili wszyscy, a potem król ruszył przez sień ku drzwiom. Czekała tam na niego przyboczna gwardia i heroldowie, a także wszyscy dostojnicy i wodzowie, którzy podówczas znaleźli się w grodzie lub przybyli z najbliższych okolic. - Słuchajcie mnie uważnie! Ruszam w pole i bardzo być może, że będzie to moja ostatnia wyprawa - rzekł Theoden. - Nie mam dzieci. Jedyny mój syn, Theodred, poległ. Mianuje tedy swoim dziedzicem Eomera, syna mojej siostry. Gdyby zaś żaden z nas dwóch nie wrócił, wybierzcie nowego króla wedle własnej woli. dziś wszakże muszę komuś powierzyć opiekę nad ludem, który tu zostawiam, i sprawowanie rządów w moim imieniu. Kto z was zostaje? Żaden z mężów nie odezwał się na to. - Wymieńcie imię tego, kogo chcielibyście widzieć jako mojego namiestnika! Komu najbardziej ufa lud? - Rodowi Eorla - rzekł Hama. - Eomera jednak potrzebuję na wyprawie, a zresztą nie zgodziłby się zostać - odparł król. - On zaś jest ostatnim z rodu. - Nie miałem na myśli Eomera - rzekł Hama - i nie jest on ostatnim. Ma przecież siostrę, Eowinę, córkę Eomunda. To serce nieulękłe i szlachetne. Wszyscy ją miłują. Niech ona panuje plemieniu Eorla przez czas twojej nieobecności, królu! - Tak będzie - odparł Theoden. - Heroldowie ogłoszą zaraz ludowi, że poprowadzi go księżniczka Eowina. Po czym król siadł na ławie przed drzwiami swego złotego domu, Eowina zaś uklękła i wzięła z jego rąk miecz oraz piękny pancerz. - Bądź zdrowa, córko mojej siostry - rzekł Theoden. - W smutnej godzinie żegnamy się, lecz może jeszcze wrócimy razem do Złotego Dworu. W warowni Dunharrow lud długo może się bronić, a gdybyśmy przegrali bitwę, tam przyjdą wszyscy, którzy nie polegną. - Nie mów tak, królu! - odpowiedziała. - Każdy dzień będzie mi się zdawał rokiem, dopóki nie powrócisz. Ale mówiąc to spojrzała na Aragorna, który stał obok. - Król wróci - rzekł Aragorn. - Nie lękaj się, Eowino. Nie na zachodzie, lecz na wschodzie los się dopełni. Z Gandalfem u boku zszedł król po schodach, a wszyscy za nimi. Wchodząc w bramę Aragorn obejrzał się raz jeszcze. Na szczycie schodów przed wejściem do królewskiego domu Eowina stała samotna; miecz trzymała oparty o ziemię, dłonie położyła na rękojeści. Miała na sobie pancerz i w słońcu jaśniała jak srebrny posąg. Gimli szedł w parze z Legolasem, a topór niósł na ramieniu. - Nareszcie ruszamy! - rzekł. - Ludzie nie mogą obejść się bez mnóstwa słów, zanim wezmą się do czynu. Toporek pali mi się już w ręku. Nie wątpię, że Rohirrimowie nie próżnują, kiedy już raz przyjdzie do bitwy. Mimo to nie jest to wojna wedle mojego serca. Jakże dostanę się na pole walki? Wolałbym iść na własnych nogach, niż trząść się jak worek na siodle Gandalfa. - Bezpieczniejsze miejsce niż inne - rzekł Legolas. - Ale Gandalf z pewnością zgodzi się postwić cię na ziemi, kiedy zacznie się bitwa. Albo też sam Gryf o tym pomyśli. Topór nie jest odpowiednią bronią dla jeźdźca. - A krasnolud nie jest jeźdźcem. Chcę ścinać głowy orkom, a nie golić głowy ludziom - odparł Gimli poklepując ostrze toporka. Przed bramą zastali pokaźny oddział ludzi, starych i młodych, a wszystkich na koniach. Ponad tysiąc jeźdźców zgromadziło się tutaj. Włócznie jeżyły się jak młody las. Głośno, wesoło pozdrowili kóla. Ktoś podał mu konia, który się zwał Śnieżnogrzywy, ktoś inny podprowadził wierzchowce Aragornowi i Legolasowi. Gimli patrzył na to spode łba, mocno zaniepokojony, lecz Eomer podszedł do niego wiodąc za uzdę konia. - Witaj, Gimli, synu Gloina! - zawołał. - Nie starczyło czasu na lekcje grzeczności pod twoją rózgą, jakeś mi obiecał. Ale może zgodzisz się odłożyć na później nasz spór? W każdym razie nigdy już nie odezwę się złym słowem o pani ze Złotego Lasu, to ci przyrzekam. - Zapomnę na razie o moim gniewie, synu Eomunda - odparł Gimli - jeśli wszakże zobaczysz kiedyś na własne oczy panią Galadrielę, a nie przyznasz, że jest najpiękniejszą wśród pań tego świata, będzie to kres naszej przyjaźni już na zawsze. - Niech tak będzie! - rzekł Eomer. - Tymczasem jednak przebacz mi, a na dowód, że nie masz urazy, siądź ze mną razem na konia. Gandalf z królem pojedzie na czele oddziału, ale Ognisty, mój wierzchowiec, zechce nas dźwigać, byleś się ty na to zgodził. - Dzięki ci, Eomerze - odparł Gimli, szczerze zadowolony. - Chętnie pojadę z tobą, jeśli Legolas, mój druh, będzie jechał obok. - Tak postanowiliśmy - rzekł Eomer. - Legolas pojedzie z lewej, Aragorn z prawej strony, a nikt nam się nie oprze! - Gdzie jest Gryf? - spytał Gandalf. - Hasa po stepie - odparło kilku ludzi. - Nikomu nie pozwala się tknąć. Patrzcie, tam pomyka, nad brodem, jak cień między wierzbami. Gandalf gwizdnął i głośno zawołał konia po imieniu; Gryf podniósł głowę i z daleka odpowiedział rżeniem. Jak strzała puścił się w stronę bramy i oddziału. - Gdyby Wiatr Zachodu przybrał widomą postać, nie inaczej by wyglądał - rzekł Eomer, gdy ogromny rumak stanął przed Czarodziejem. - Jak się zdaje, podarunek już sobie wziąłeś - powiedział król. - Ale niech wszyscy usłyszą! oto mianuję mego gościa, Gandalfa szarego, najmądrzejszego doradcę, najmilej witanego wędrowca, księciem Rohanu i wodzem Eorlingów, a godność tę ma piastować, póki nasz ród nie zginie na ziemi. daję mu też w podarunku Gryfa, księcia wśród koni. - Dzięki, królu Theodenie - rzekł Gandalf. nagle odrzucił szary płaszcz, zdjął kapelusz, skoczył na siodło. Nie miał hełmu ani pancerza. Śnieżne włosy rozwiały się na wietrze, biała szata błyszczała olśniewająco w słońcu. - Patrzcie! Oto Biały Jeździec! - zawołał Aragorn, a wszyscy jęli powtarzać jego okrzyk. - Nasz król i Biały Jeździec! - wołano. - Naprzód, plemię Eorla! Zagrały trąby. Konie rżały i stawały dęba. Włócznie szczękały o tarcze. Król podniósł rękę. szum powstał, jakby wicher potężny zerwał się w stepie, i ostatnia armia Rohanu niby grom runęła naprzód, na zachód. Długo jeszcze w oddali na równinie Eowina widziała błysk włóczni, gdy stała bez ruchu, samotna, przed drzwiami milczącego domu.




© Grzesio, 2020.

Poprzedni