Dwie wieże - Rozdział 4

Drzewiec

D waj hobbici, kierując się na zachód, szli brzegiem strumienia, wciąż pod górę, coraz dalej w głąb Fangornu, przyspieszając kroku o tyle, o ile pozwalał ciemny, splątany gąszcz. Lecz w miarę oddalania strach przed orkami przygasał, a wędrowcy zwalniali tempa. Ogarnęła ich duszność, jakby powietrze było zanadto rozrzedzone lub dochodziło w głąb lasu zbyt skąpo. Wreszcie Merry przystanął. - Nie sposób iść dalej - wysapał. - Muszę tchu chwycić. - Napijmy się przynajmniej wody - rzekł Pippin. - Zaschło mi w gardle. Wczołgał się pod potężny korzeń, który krętym ramieniem sięgał strumienia, i zaczerpnął w złożone dłonie trochę wody. Była czysta i zimna; wypił chciwie kilka łyków. Merry poszedł za jego przykładem. Woda odświeżyła ich trochę i jakby dodała otuchy. Przez chwilę siedzieli na brzegu mocząc obolałe stopy i nogi po kolana. Rozglądali się też dokoła; drzewa otaczały ich milczącym kręgiem, niezliczone szeregi pni ciągnęły się we wszystkie strony bez końca i rozpływały w siwym półmroku. - Mam nadzieję, że nie zdążyłeś jeszcze zabłądzić, przewodniku? - rzekł Pippin opierając się o gruby pień. - W każdym razie możemy trzymać się brzegu tej rzeczki, Rzeki Entów, czy jak tam ją nazywasz, a potem wrócić tam, skąd przyszliśmy. - Pewnie. Jeżeli nogi zechcą nas nieść i tchu wystarczy - odparł Merry. - Tak, bardzo tu ciemno i duszno - przyznał Pippin. - Przypomina mi się, nie wiem czemu, stara sala w Wielkim Dworze Tuków, w kraju, w naszym rozkosznym Tukonie. W starej sali od wielu pokoleń nie przestawiano ani nie zmieniano mebli. Tam podobno mieszkał przez długie lata sam Stary Tuk, sala niszczała i starzała się z nim razem, a od jego śmierci, od wieku, nikt w niej niczego nie tknął. Stary Gerontius był moim prapradziadem, a więc ta historia sięga zamierzchłej przeszłości. Lecz wydaje się bardzo młoda w porównaniu ze starością tego lasu. Spójrz na te brody, wąsiska z mchów, jakie są powłóczyste, jakie bujne! A większość drzew pełna poszarpanych, zeschłych liści, które nie wiadomo czemu nie spadły. Bardzo tu niechlujnie. Trudno sobie wyobrazić sobie wiosenne porządki. - Ale słońce bądź co bądź musi czasem zaglądać - rzekł Merry. - Zupełnie inaczej tu niż w Mrocznej Puszczy, o ile pamiętam opowieści Bilba. tamta jest mroczna, czarna, gnieżdżą się w niej ponure, czarne stwory. Ta - tylko cienista i jakaś strasznie drzewna. Nie można sobie wyobrazić, żeby tu mieszkały czy przynajmniej przebywały zwierzęta. - Albo hobbici - dodał Pippin. - Wcale mi się też nie uśmiecha myśl o wędrówce przez ten las. Jak się zdaje, w promieniu stu mil nic tu nie znajdziemy, co by można na ząb położyć. Jaki jest stan zapasów? - Mizerny - odparł Merry. - Nie wzięliśmy z sobą nic prócz kilku lembasów, wszystko inne zostało nad Wielką Rzeką. - Obejrzeli resztki prowiantu, w który ich zaopatrzyły elfy: okruchy mogły starczyć na pięć bardzo postnych dni. - Nie mamy też koców ani żadnych ciepłych rzeczy - stwierdził Merry. - W którąkolwiek stronę pójdziemy, w nocy będziemy marzli. - Trzeba by już teraz namyślić się, dokąd pójdziemy - rzekł Pippin. - Czas płynie. W tym właśnie momencie zauważyli, że nieco dalej w głębi lasu pojawiło się złotawe światło, jakby nagle promienie słoneczne przebiły się przez strop liści. - Oho! - powiedział Merry. - Widocznie słońce schowało się za chmurę, gdy wędrowaliśmy pod drzewami, a teraz znowu wyjrzało; albo może wspięło się dość wysoko, żeby przez jakąś dziurę zajrzeć do lasu. Chodźmy tam, to niedaleko. Okazało się jednak dalej, niż przewidywali. Teren wciąż wznosił się stromo i był coraz bardziej kamienisty. W miarę jak się zbliżali do celu, światło rosło, a wkrótce zobaczyli przed sobą ścianę skalną - stok jakiegoś wzgórza czy może pojedynczą skałkę wystrzelającą tutaj od korzeni odległych gór. Nie było na niej drzew, a słońce świeciło wprost w jej nagą kamienną twarz. Drzewa rosnące u stóp ściany wyciągały sztywne, nieruchome gałęzie, jakby chciały zagrzać się od jej ciepła. Las, który przedtem zdawał się taki wyniszczony i szary, tu lśnił wszędzie soczystymi odcieniami brązu i gładką czernią kory niby połyskliwą skórą. Pnie jaśniały miękką zielenią jak mokra trawa. Hobbitów otoczyła wiosna czy może tylko jej przelotne złudzenie. W skalnej ścianie dostrzegli jak gdyby schody, zapewne przez samą przyrodę wykute, wyżłobione przez wodę i wichry w pękającym lub zwietrzałym kamieniu, bo koślawe i nieregularne. Wysoko w górze, niemal na równi z czubami drzew widniała pod skałką jak gdyby półka, naga, gdyż tylko skąpa trawa i trochę zielska porastało jej krawędź. na niej sterczał stary pień z parą przygiętych do dołu gałęzi; wyglądał jak pokręcony od starości dziadyga, wpatrzony w blask ranka. - Idziemy na górę! - zawołał radośnie Merry. - Tam odetchniemy lżej i rozejrzymy się po okolicy. Wspięli się po kamiennych schodach z pewnym trudem, bo stopnie były ogromne, nie na miarę hobbickich nóg. Zbyt przejęci wspinaczką, nie zadawali sobie pytania, jakim to zdumiewającym sposobem rany i sińce, wyniesione z niewoli u orków, zgoiły się tak szybko i skąd nagle przybyło im nowych sił. Wreszcie dotarli pod krawędź skalnej półki, niemal wprost u stóp starego pniaka. Wywindowali się jednym susem na półkę, gdzie stanęli, obróceni plecami do pagórka, oddychając głęboko i spoglądając ku wschodowi. Stwierdzili, ze nie zagłębili się dalej niż na jakieś trzy, cztery mile w las; przed nimi czuby drzew zstępowały po stoku w dół na równinę, a tam, opodal skraju puszczy, wzbijały się w niebo wysokie, skudlone słupy czarnego dymu, który z powiewem wiatru płynął w stronę Fangornu. - Wiatr zmienił się - rzekł Merry. - Dmucha znów od wschodu. Tu, w górze, jest dość chłodno. - Tak - odparł Pippin. - Boję się, że pogoda nie potrwa długo i wszystko na nowo zszarzeje. Szkoda! Ten stary gąszcz leśny zupełnie inaczej wygląda w blasku słońca. Mam wrażenie, jakbym go niemal polubił. - On ma wrażenie, jakby niemal polubił las! Dobre sobie! Bardzo łaskawie z twojej strony - przemówił jakiś dziwny, obcy głos. - Odwróćcie się i pokażcie mi twarze. Mam wrażenie, jakbym was obu nie lubił, ale nie chcę sądzić zbyt pochopnie. Obróćcie się, żywo! Ogromne, sękate dłonie spadły na hobbitów i łagodnie, jakkolwiek stanowczo okręciły nimi w miejscu, po czym dwie wielkie, silne ręce podniosły ich w powietrze. Ujrzeli tuż przed sobą zdumiewającą, niezwykłą twarz. Należała do olbrzymiego ni to człowieka, ni to trolla, który miał ze czternaście stóp wzrostu, a głowę podłużną i osadzoną niemal bezpośrednio na krzepkim tułowiu. Trudno było zgadnąć, czy owinięty jest w płaszcz z jakiejś zielonoszarej, podobnej do kory tkaniny, czy też jest to jego własna skóra. W każdym razie ramiona nieco poniżej barku nie były pomarszczone, lecz gładkie i brunatne. U każdej stopy miał siedem palców. Dolną część twarzy zarastała siwa broda, długa, gęsta, krzaczasta, o włosach u nasady prawie tak grubych jak gałązki, ale na końcach cieniejących i puszystych niby mech. Zrazu jednak uwagę hobbitów przykuły wyłącznie oczy olbrzyma, które wpatrywały się w nich bez pośpiechu, uroczyście, ale zarazem bardzo przenikliwie. Oczy te były głębokie, brązowe, rozświetlone zielonymi cętkami. Pippin nieraz później usiłował opisać, jaki na nim zrobiły wrażenie w pierwszej chwili: "Wyczułem poza nimi jak gdyby bezdenną studnię pełną odwiecznych wspomnień i długich, powolnych, spokojnych rozmyślań; na powierzchni ich wszakże iskrzyło się odbicie teraźniejszości, jak odblask słońca na liściach ogromnego drzewa albo na zmarszczonej tafli bardzo głębokiego jeziora. Nie umiem tego wyrazić, ale wydawało mi się, że coś, co wyrasta z ziemi, by tak rzec, uśpione, czy też tylko siebie czujące od korzeni po brzeżek liścia, między głębią ziemi a niebem, nagle ocknęło się i patrzyło na mnie z takim samym powolnym skupieniem, z jakim od niepamiętnych lat rozważało swoje własne wewnętrzne sprawy". - Hm, hm - szepnął głos tak niski, jakby się dobywał z drewnianej basowej trąby. - Dziwne, bardzo dziwne. Nie sądźmy pochopnie, to moja zasada. Gdybym jednak zobaczył was, nim usłyszałem wasze głosy... bo głosy wasze spodobały mi się, wcale przyjemne macie głosiki; coś mi przypominają, ale nie wiem co... gdybym więc, zamiast usłyszeć, najpierw was zobaczył, zdeptałbym was pewnie, myśląc, że to mali orkowie, a dopiero poniewczasie spostrzegłbym omyłkę. Dziwne jakieś stworzenia. I korzonki, i gałązki bardzo dziwne. Pippin, chociaż oszołomiony, otrząsnął się już z lęku. Pod spojrzeniem tych niezwykłych oczu dygotał z ciekawości, ale nie ze strachu. - Proszę cię bardzo - rzekł - powiedz nam, kim i czym ty jesteś? Stare oczy nagle przygasły jakby ze znużenia; bezdenna studnia zamknęła się w ich głębi. - Hm, hm - zahuczał basowy głos. - Jestem ent, tak mnie przynajmniej nazywają. Tak, ent. Ent nad entami, jak byście może po swojemu powiedzieli. Jedni nazywają mnie Fangornem, inni Drzewcem. Możecie mnie tak nazywać: Drzewiec. - Ent? - spytał Merry. - Co to znaczy? A jak ty sam siebie nazywasz? Jakie jest twoje prawdziwe imię? - Ho, ho! - rzekł Drzewiec. - Ho, ho! Długo by trzeba o tym gadać, a wam odpowiadać. Przyszliście do mojego kraju. Kim wy jesteście? Nie mogę jakoś przypiąć was do żadnego plemienia. Chyba was nie ma w starym spisie, którego nauczono mnie za młodych lat? Ale to było dawno, dawno temu. Może od tego czasu sporządzono nowy spis. Zastanówmy się, zastanówmy... Jak to było? Masz zapamiętać, kto żyje na świecie. Najpierw wymienisz cztery wolne szczepy: Najstarsze elfy, wszystkim przodujące; Potem w podziemiach ciemnych krasnoludy; Entowie z ziemi zrodzeni jak góry; Ludzie śmiertelni, co władają końmi... - Hm... Hm... Hm... Bóbr budowniczy, kozioł, śmigły skoczek, Niedźwiedź, pszczół złodziej, odyniec, co bodzie, Pies zawsze głodny, zając wystraszony... - Hm... hm... Orzeł na szczytach, a wół na pastwisku, Jeleń rogaty, sokół szybki w locie, Łabędź najbielszy, najzimniejsza żmija... - Hm... hm... Jak to idzie dalej? Ram-tam-tam, tam-tam-tam... Bardzo długa lista. No, ale wy nie pasujecie do żadnego z tych plemion. - Nie wiem, czemu się tak działo, ale zawsze nas pomijano w starych spisach i w starych legendach - rzekł Merry. - A jednak żyjemy na tej ziemi od dość dawna. Jesteśmy hobbici. - Może by warto dorzucić nowy wiersz do starej listy? - powiedział Pippin. - "Hobbici niedorostki, co mieszkają w norach". Dolicz nas do czterech wolnych szczepów, zaraz po ludziach, po Dużych Ludziach, a wszystko będzie w porządku. - Hm! Niezła myśl, wcale niezła - rzekł Drzewiec. - To by załatwiło sprawę. A więc mieszkacie w norach? Bardzo słusznie, bardzo mądrze. A kto was nazwał hobbitami? Bo mi to nie wygląda na słowo z języka elfów. Wszystkie stare słowa pochodzą od elfów, bo elfy pierwsze wymyśliły mowę. - Nikt inny tak nas nie nazywa, sami się nazwaliśmy hobbitami - odparł Pippin. - Hm, hm! No, no. powoli, powoli! Sami się nazwaliście hobbitami? Nie powinniście tego tak pochopnie mówić każdemu kogo spotkacie. Jeśli będziecie tacy nieostrożni, zdradzicie swoje prawdziwe imiona. - My się z tym wcale nie kryjemy - rzekł Merry. - Chętnie ci się przedstawię. Jestem Brandybuck, Meriadok Brandybuck, ale wszyscy mówią mi po prostu Merry. - A ja jestem Tuk, Peregrin Tuk, ale wszyscy mówią mi po prostu Pippin albo nawet Pip. - Hm, widzę, że jesteście bardzo pochopni - rzekł Drzewiec. - Zaszczyca mnie wasze zaufanie, ale nie powinniście tak otwarcie mówić z nieznajomymi. Entowie, trzeba wiedzieć, też bywają różni. Istnieją także inne stworzenia, które wyglądają podobnie jak entowie, a wcale entami nie są. Będę was nazywał Merry i Pippin, skoro pozwalacie. To ładne imiona. Ale mojego prawdziwego imienia wam nie wyjawię, przynajmniej jeszcze nie teraz. - Dziwne zielone światełko rozbłysło w jego oczach, które przymrużył na pół porozumiewawczo, a na pół żartobliwie. - Przede wszystkim to jest bardzo długie imię, bo rosło z czasem, a że bardzo, bardzo długo już żyję, więc urosło do całej historii. W moim języku, w starej mowie entów, jak wy byście go nazwali, imię zawsze zawiera historię tego, kto je nosi. To bardzo piękny język, ale trzeba mieć dużo czasu, żeby nim coś powiedzieć, bo my mówimy naszym językiem tylko o tym, co warto bardzo długo opowiadać i czego warto bardzo długo słuchać. Ale teraz mówcie - dodał i zwrócił na nich spojrzenie prawie świdrujące, tak mu oczy pojaśniały i zmalały nagle - co się dzieje? Bo widzę, słyszę, a także czuję nosem i przez skórę, wiele z tego... z tego... z tego a-lalla-lalla-rumba-kamanda-lind-or-burume... Darujcie, to tylko część nazwy, jaką tym sprawom nadaję w swoim języku. Nie mam pojęcia, jak się one nazywają w innych językach. Rozumiecie? To wszystko, o czym myślę, kiedy stoję w pogodny ranek i patrzę w słońcu na step za lasem, na konie, na chmury, na cały szeroki świat. Co się dzieje? Jakie zamiary ma Gandalf? A tamci... burarum... - W gardle mu zahuczało zgrzytliwie, jakby ktoś uderzył fałszywy akord na olbrzymich organach - ...tamci, orkowie, i młody Saruman w swoim Isengardzie? Lubię wiedzieć, co się dzieje. Tylko nie mówcie za prędko. - Dzieje się bardzo wiele - odparł Merry. - Nawet gdybyśmy chcieli mówić prędko, zajęłaby ta historia sporo czasu. Ale doradzałeś nam ostrożność. czy powinniśmy tak od razu zwierzać ci wszystko, co wiemy? czy obrazisz się, jeśli spytamy najpierw, co zamierzasz z nami zrobić i po czyjej stronie stoisz? Czy znasz Gandalfa? - Tak, znam go, to jedyny czarodziej, który naprawdę troszczy się o drzewa - rzekł Drzewiec. - A wy go znacie? - Znaliśmy - odparł Pippin ze smutkiem. - Był naszym serdecznym przyjacielem i przewodnikiem. - W takim razie odpowiem na pozostałe wasze pytania - rzekł Drzewiec. - Nic nie zamierzam zrobić z wami, a przynajmniej nie zamierzam nic zrobić bez waszej zgody. Wspólnie możemy zrobić wiele. Po czyjej stronie stoję? Nic mi o żadnych stronach nie wiadomo. Idę swoją własną drogą, możliwe jednak, że wasza droga przez jakiś czas będzie równoległa do mojej. Ale dlaczego mówicie o mistrzu Gandalfie tak, jakby należał do historii, która już się skończyła? - Mówimy tak - odparł ze smutkiem Pippin - bo chociaż historia ciągnie się dalej, Gandalf z niej wypadł. - Oho, ho, hm... - rzekł Drzewiec. - Hm, ha, no, no... - Umilkł i przez długą chwilę przyglądał się hobbitom. - Hm, ha... sam nie wiem, co powiedzieć. Mówcie! - Jeżeli życzysz sobie usłyszeć o tym coś więcej - rzekł Merry - opowiemy ci chętnie. Ale to będzie długa historia. Czy nie zechciałbyś nas przedtem postawić na ziemi? Moglibyśmy siąść we trzech i grzać się na słońcu podczas tej opowieści. Pewnie się już zmęczyłeś dźwigając nas na rękach. - Czy zmęczyłem się? Niełatwo się męczę. I nie siadam nigdy. Nie jestem bardzo... jak to się mówi?... giętki. Ale słońce się chowa. Opuśćmy tę... zaraz, zaraz, jak wy to miejsce nazwaliście? - Wzgórze? - podpowiedział Pippin. - Półka? Szczyt schodów? - próbował Merry. Drzewiec w zamyśleniu powtórzył ich słowa: - Wzgórze? Niech będzie wzgórze. Ale to o wiele za krótka nazwa na coś, co tu stoi, odkąd ukształtowała się ta część świata. Mniejsza z tym. Chodźmy stąd, ruszajmy! - Dokąd? - spytał Merry. - Do mojego domu, a raczej do jednego z moich domów. - Daleko stąd? - Bo ja wiem? Wam się wyda może daleko. Czy to jednak ma jakieś znaczenie? - Widzisz, straciliśmy wszystkie rzeczy - odparł Merry. - Nic nam prawie nie zostało z prowiantu na drogę. - Aha! Hm... Nie troszczcie się o to - rzekł Drzewiec. - Dam wam napój, od którego długo, długo będziecie zielenili się i rośli. A jeżeli postanowimy się rozstać, zaniosę was za granicę mojego kraju na miejsce, które sami wybierzecie. Chodźmy! Trzymając hobbitów łagodnie, lecz mocno w ramionach, Drzewiec uniósł do góry najpierw jedną, potem drugą olbrzymią nogę, przysuwając się na krawędź półki. Palcami stóp jak korzeniami czepiał się skały. Ostrożnie, statecznie schodził stopień po stopniu w dół. Kiedy znalazł się między drzewami, ruszył pewnym, długim krokiem w głąb lasu, trzymając się wciąż w pobliżu strumienia, wspinając się coraz wyżej po zboczu ku górom. Wiele drzew zdawało się jakby uśpionych; te nie zwracały na niego uwagi, podobnie jak na żadne przechodzące lasem stworzenie; niektóre jednak drżały albo podnosiły gałęzie nad jego głową, kiedy się zbliżał. A Drzewiec idąc wciąż coś do siebie mruczał, z jego gardła płynął nieprzerwany strumień dźwięcznych tonów. Hobbici czas jakiś milczeli. Nie wiedzieć dlaczego czuli się bezpiecznie i błogo, a mieli o czym myśleć i czemu się dziwić. Wreszcie Pippin odważył się zagadnąć: - Przepraszam - rzekł. - Czy pozwolisz, że cię o coś spytam, Drzewcze? Dlaczego Keleborn ostrzegał nas przed tym lasem? Mówił nam, żebyśmy nie narażali się na zbłąkanie tutaj. - Hm... Tak mówił? - mruknął Drzewiec. - A gdybyście szli w przeciwną stronę, ja bym was pewnie ostrzegł przed zabłąkaniem w jego kraju. Nie narażajcie się na niebezpieczeństwa lasów Laurelindorenan! Tak je niegdyś elfy nazywały, chociaż teraz skróciły nazwę na Lothlorien. Może i słusznie, może tamte lasy więdną, nie rosną. Ongi, dawno temu, były Doliną Śpiewającego Złota. Dziś są Kwiatem Marzeń. No, tak. Ale to tajemniczy kraj i nie każdy może się tam zapuścić bezkarnie. Bardzo mnie dziwi, że stamtąd wyszliście cało, ale jeszcze bardziej mnie dziwi, żeście tam weszli. Od wielu lat żadnemu cudzoziemcowi nie zdarzyło się nic podobnego. Bardzo tajemniczy kraj. Prawdę rzekł wam Keleborn, niejednego tutaj w naszym lesie spotkała zła przygoda. Laurelindorenan lindelorendor malinornelion ornemalin - zanucił pod nosem. - Oni się tam chyba odgrodzili od świata - rzekł. - Ani ta puszcza, ani żaden inny kraj poza Złotym Lasem nie jest już dzisiaj taki, jakim go Keleborn znał za młodu. A przecież Taurelilomea - tumbalemorna Tumbaletaurea Lomeanor - tak dawniej mawiały elfy. Świat się zmienił, lecz pozostał jeszcze gdzieniegdzie wierny. - Co chcesz przez to powiedzieć? - spytał Pippin. - Kto jest wierny? - Drzewa i entowie - odparł Drzewiec. - Sam nie wszystko z tego, co się dzieje, rozumiem, więc nie mogę wam wytłumaczyć. Niektórzy z nas są po dziś dzień prawdziwymi entami i na swój sposób mają dużo życia w sobie, wielu jednak ogarnia już senność i drzewieją, jeśli tak można rzec. Większość drzew to po prostu tylko drzewa, lecz są między nimi na pół zbudzone. A niektóre zbudziły się na dobre i są, no... jak by to powiedzieć?... entowate. I te przemiany dokonują się ciągle. Otóż przekonacie się, że niektóre spośród drzew mają złe serca. Nie mam na myśli spróchniałego rdzenia, nie, chodzi o coś zupełnie innego. Znałem na przykład kilka zacnych starych wierzb nad Rzeką Entów; niestety, od dawna już ich nie ma! Były do cna zbutwiałe w środku, rozsypywały się w proch, ale zostały do końca ciche i łagodne, jak świeżo rozkwitły liść. A są w dolinach pod górami drzewa zdrowe jak rydz i mimo to na wskroś zepsute. Szerzy się ta choroba coraz bardziej. Zawsze były w tym kraju bardzo niebezpieczne okolice. I są tutaj po dziś bardzo ciemne miejsca. - Podobnie jak w Starym Lesie na północy, czy tak? - spytał Merry. - Tak, tak, trochę podobnie, ale znacznie gorzej. Nie wątpię, że tam, na północy, zostały cienie po Wielkich Ciemnościach, a także złe wspomnienia przekazane z dawnych czasów. W naszym kraju są jednak głębokie doliny, których Ciemności nigdy nie opuściły, a drzewa są tam starsze ode mnie. Robimy wszakże, co możemy. Bronimy wstępu obcym i lekkoduchom. Wychowujemy, uczymy, chodzimy wszędzie i pielemy chwasty. My bowiem, starzy entowie, jesteśmy pasterzami drzew. Niewielu nas już zostało. Powiadają, że z czasem owce stają się podobne do pasterzy, a pasterze do owiec; ale przemiana odbywa się powoli, a przecież ani owce, ani ich pasterze nie żyją zbyt długo. Z drzewami i z entami dzieje się to szybciej i wzajemny wpływ jest silniejszy, a przy tym współżyją z sobą przez całe wieki. Entowie mają dużo wspólnego z elfami; mniej niż ludzie interesują się sobą, a za to lepiej umieją zrozumieć wewnętrzne życie innych stworzeń. Ale z ludźmi też mają coś wspólnego, bo mniej są od elfów zmienni, a bystrzej spostrzegają barwy i kształty zewnętrzne. Może też są i od elfów, i od ludzi lepsi, ponieważ więcej mają stałości; jeżeli się czymś raz zajmą, to już wytrwają w tym bardzo długo. Niektórzy moi współplemieńcy wyglądają dziś zupełnie jak drzewa i nie lada trzeba przyczyny, żeby ich poruszyć; mówią też tylko szeptem. Ale znów niektóre moje drzewa mają gałęzie gibkie i ruchliwe i wiele z nich umie ze mną rozmawiać. Zapoczątkowały to oczywiście elfy; one to budziły drzewa, uczyły je swojej mowy i zapoznawały się z ich językiem. Bo dawne elfy starały się porozumiewać z wszelkim stworzeniem. Dopiero gdy nadciągnęły Wielkie Ciemności, elfy odpłynęły za Morze albo uciekły do odległych dolin, gdzie ukryły się, lecz dotychczas śpiewają pieśni o dawnych dniach, które już nigdy nie wrócą. Nigdy. Tak, tak, ongi puszcza ciągnęła się stąd aż po Góry Księżycowe, a ten nasz las był tylko jej ostatnim zakątkiem na wschodzie. Były to czasy swobody. Mogłem wtedy całe dni przechadzać się i śpiewać, a nie słyszałem nic, prócz echa mojego własnego głosu odbitego od gór. Nasza puszcza podobna była do lasu Lothlorien, ale bujniejsza, mocniejsza, młodsza. A jak pachniało tutaj powietrze! Nieraz przez cały tydzień nie robiłem nic innego, tylko oddychałem. Drzewiec umilkł. Szedł wciąż naprzód, lecz jego ogromne stopy posuwały się niemal bezszelestnie. Po chwili zaczął znów nucić, zrazu tylko do siebie, potem coraz głośniej, aż głos przeszedł w śpiewny szept. Hobbici nastawiali uszu i w końcu zrozumieli, że to dla nich olbrzym śpiewa: Pod wierzbami, łąkami Tasarinan chodziłem wiosną. Piękna była i pachnąca wiosna w Nantasarion. I rzekłem sobie, że wiosna jest dobra. Pod wiązami, po lesie wędrowałem latem w Ossiriandzie. Jasno było, pieśń dzwoniła latem nad Siedmiu Rzekami Ossiru. I pomyślałem, że lato od wiosny jeszcze lepsze. Pod buki Neldoreth zaszedłem jesienią. Złota była i czerwona, liśćmi wzdychająca jesień w Taur-na-neldor. I wspanialsza mi się zdała niż wszystko na świecie. Między sosny na wyżynie Dorthonion wspiąłem się zimą. Wiatrem szumiała, śniegiem bielała zima nad Orod-na Thon. Śpiewałem z radości, a głos wzbijał się pod niebo. Dziś wszystkie te krainy zalała fala, A ja chodzę po Ambaronie, Tauremornie i Aldalome, Po ojczystym kraju moim, po Fangornie, Gdzie korzenie w głąb sięgają daleko, Gdzie lat więcej przeminęło niż liści W Tauremornalome. Zakończył pieśń i dalej szedł w milczeniu, a w całym lesie zaległa taka cisza, że nawet listek nigdzie nie szeleścił. Dzień chylił się ku zachodowi, zmrok osnuwał już pnie drzew. Wreszcie hobbici zobaczyli majaczący przed nimi stromy, czarny stok: znaleźli się u podnóży gór, u zielonych korzeni wyniosłego Methedrasu. Ze swego źródła pod szczytem Rzeka Entów, z pluskiem przeskakując skalne progi, biegła na spotkanie wędrowców. Na prawo od strumienia ciągnęło się wydłużone, trawiaste zbocze, szare w wieczornym zmierzchu. Nie rosły na nim drzewa, nic nie przesłaniało nieba, po którym gwiazdy już płynęły przez czyste jeziora pomiędzy brzegami chmur. Drzewiec wspinał się ostro pod górę nie zwalniając prawie kroku. Nagle hobbici ujrzeli przed sobą jakby szerokie wrota. Dwa ogromne drzewa stały z dwóch stron, niby żywe odrzwia, lecz drzwi między nimi nie było, tylko splecione ze sobą gałęzie. Kiedy stary ent zbliżył się, drzewa podniosły i rozsunęły gałęzie, a liście ich zadrżały i zaszeleściły. Bo drzewa te nie traciły o żadnej porze roku liści, ciemnych i gładkich, błyszczących w mroku. Za ową bramą otwierała się rozległa płaszczyzna, jakby posadzka wielkiej sali wykutej w zboczu góry. Po obu stronach ściany wznosiły się stopniowo ku górze, do wysokości około piętnastu stóp, a wzdłuż nich ciągnął się szpaler drzew, coraz wyższych w miarę jak biegły w głąb, gdzie zamykała salę poprzeczna ściana, stroma i naga, lecz u podnóża wyżłobiona w płytką kolibę, nakrytą sklepieniem; stanowiło ono jedyny dach tej sali, nad którą w głębi splatały się korony drzew, ocieniając cały ten zakątek tak, że tylko pośrodku pozostawała odkryta szeroka ścieżka. Ze źródeł w górze spadał odgałęziony od głównego nurtu mały potoczek i szemrząc perliście na skalnej ścianie rozpryskiwał się srebrnymi kroplami niby piękna zasłona u wejścia do sklepionej koliby. Woda zbierała się w wielkiej kamiennej misie u stóp drzew, a stąd przelewała się i spływała wzdłuż środkowej ścieżki, by połączyć się z Rzeką Entów i z nią razem dalej wędrować przez las. - Hm... Jesteśmy u celu - rzekł Drzewiec przerywając długie milczenie. - Przeszedłem z wami około siedemdziesięciu tysięcy entowych kroków; ile to wypada w miarach waszego kraju, nie mam pojęcia. W każdym razie znaleźliśmy się blisko korzeni Ostatniej Góry. Część nazwy tego miejsca brzmi w tłumaczeniu na wasz język: Źródlana Sala. Bardzo ją lubię. Spędzimy tutaj noc. Opuścił hobbitów w trawę między szpalerami drzew i na własnych nogach poszli za nim ku wielkiemu sklepieniu w głębi. Teraz dopiero zauważyli, że idąc Drzewiec prawie wcale nie zgina kolan, sunie jednak krokami olbrzyma. Stąpał tak, że zawsze najpierw dotykał ziemi palcami - które miał niezwykle duże i szerokie - zanim postawił na niej całą stopę. Na chwilę Drzewiec zatrzymał się pod deszczem kropel spadających ze skał i głęboko wciągnął oddech w piersi, potem zaśmiał się i wszedł pod sklepienie. Stał tu pośrodku ogromny kamienny stół, ale krzeseł nie było. W głębi koliby panowały już ciemności. Drzewiec przyniósł dwie duże misy i postawił na stole. Wypełniała je, jak się zdawało hobbitom, czysta woda, lecz kiedy Drzewiec wyciągnął nad nimi ręce, misy zaczęły lśnić, jedna złocistym, a druga szmaragdowym światłem; te dwa kolory zmieszane z sobą rozjaśniły grotę, jakby słońce zalało ją blaskiem przesianym przez wiosenne liście. Hobbici obejrzeli się i zobaczyli, że na dworze drzewa także zalśniły, zrazu nikłym, lecz stopniowo rosnącym blaskiem, a wkrótce liście otoczył świetlisty rąbek, zielony, złoty lub miedziany, a każdy pień zdawał się kolumną wyrzeźbioną w roziskrzonym kamieniu. - No, teraz możemy znów trochę pogawędzić - rzekł Drzewiec. - Pewnie jesteście spragnieni. A może także zmęczeni. Skosztujcie naszego napoju. Poszedł w głąb groty, gdzie stały, jak się okazało, wysokie kamienne dzbany opatrzone ciężkimi pokrywami. Uniósł na jednym z nich pokrywę, zanurzył wielki czerpak i napełnił trzy kubki: jeden bardzo duży i dwa mniejsze. - To jest dom entów, nie ma w nim niestety krzeseł ani stołków - rzekł. - Ale możecie usiąść na stole. I podniósłszy hobbitów posadził ich na wielkiej kamiennej płycie, wzniesionej na sześć stóp ponad dno groty. Tak siedzieli z nogami dyndającymi w powietrzu i małymi łykami popijali z kubków. Płyn wyglądał jak woda i smakował też niemal tak samo jak woda, którą zaczerpnęli z Rzeki Entów zaraz po wejściu w granice Fangornu, lecz miał jeszcze jakiś dodatkowy zapach czy może przyprawę, nie znaną hobbitom. Smak ten, bardzo zresztą nikły, przypominał im woń leśną, płynącą z daleka w chłodnym powiewie nocnego wiatru. Skutek zaś tego napoju odczuli najpierw w palcach u nóg, a potem wrażenie świeżości i niezwykłej siły stopniowo ogarniało całe ich ciała, aż po czubek głowy; tak, bo nawet włosy podniosły im się na głowach, zafalowały, zwinęły się w kędziory, zaczęły rosnąć. Drzewiec tymczasem opłukał nogi w misie pośród drzew, a potem wychylił swój kubek powoli, jednym haustem. Trwało to tak długo, iż zdawało się, że nigdy nie oderwie od niego ust. W końcu jednak odstawił pusty kubek. - Aaa! - westchnął. - Hm, hm, teraz możemy pogadać swobodniej. Siądźcie na ziemi, a ja się położę. W ten sposób napój nie pójdzie mi do głowy i nie uśpi mnie. Pod prawą ścianą groty stało ogromne łoże na niskich nóżkach, ledwie na parę stóp wzniesione nad ziemią, wymoszczone grubo sianem i liśćmi paproci. Drzewiec schylił się nad nim powoli, niedostrzegalnie prawie gnąc się w pasie, aż legł na wznak, ręce podłożył pod głowę, oczy wbił w strop, po którym światło migotało niby słońce wśród liści. Merry i Pippin przycupnęli obok na poduszkach z siana. - Teraz opowiedzcie mi swoją historię, ale nie za prędko - rzekł Drzewiec. Hobbici zaczęli więc opowiadać o wszystkich przygodach, jakie ich spotkały, odkąd wyruszyli z Hobbitonu. Nie trzymali się zbyt ściśle porządku, bo coraz to jeden drugiemu wpadał w słowo, a Drzewiec też często przerywał mówiącemu prosząc, żeby wrócili do jakiegoś wcześniejszego momentu lub skoczył naprzód i z góry wyjaśnił dalszy bieg sprawy. Jednakże o Pierścieniu nie wspomnieli i nie tłumaczyli ani dlaczego opuścili kraj, ani dokąd zmierzali. Drzewiec zresztą nie pytał o to wcale. Żywo się wszystkim, co mówili, interesował, zarówno Czarnymi Jeźdźcami jak pobytem w Rivendell, wędrówką przez Stary Las, spotkaniem z Bombadilem, przejściem przez kopalnię Morii i odpoczynkiem w Lothlorien w gościnie u pani Galadrieli. Kazał po wielokroć sobie opisywać Shire i okolice. W pewnej chwili zadał im niespodziane i dziwne pytanie: - A nigdzie w tamtych stronach nie spotkaliście... hm... hm... żadnych entów? To znaczy, chciałem rzec, entowych kobiet? - Entowych kobiet? - zdziwił się Pippin. - Jakże one wyglądają? Czy są do ciebie podobne? - Hm... hm... chyba nie bardzo. A właściwie sam nie wiem - odparł Drzewiec w zadumie. - Przyszło mi do głowy, że może tam są, bo tak myślę, że ten wasz kraj pewnie by się im spodobał. Szczególnie jednak dopytywał się o wszystko, co dotyczyło Gandalfa, a poza tym o sprawki Sarumana. Hobbici szczerze żałowali, że niewiele o tym wiedzieli, tyle tylko, ile im Sam powtórzył z przemowy Gandalfa na naradzie u Elronda. Nie ulegało wszakże wątpliwości, że Ugluk ze swoim oddziałem nadciągnął z Isengardu i że mówił o Sarumanie jako o swoim władcy. - Hm... hm... - mruknął Drzewiec, gdy wreszcie w swej opowieści hobbici doszli do bitwy między bandą orków a jeźdźcami Rohanu. - No, no. Niemało nowin od was usłyszałem. Nie powiedzieliście mi wszystkiego, nie, dużo przemilczeliście. Ale nie wątpię, że postępujecie tak, jak by sobie Gandalf życzył. Widzę też z tego, że dzieją się ważne rzeczy na świecie, a co właściwie się dzieje, pewnie dowiem się w swoim czasie, w dobrej albo w złej godzinie. Na korzeń i gałązkę! Dziwy, dziwy! Wyrósł nagle z ziemi mały ludek, o którym nie ma ani słowa w starych spisach, i patrzcie! Dziewięciu zapomnianych jeźdźców zjawia się znowu, żeby tych malców tropić, a Gandalf zabiera ich na wielką wyprawę, Galadriela podejmuje w Karas Galadhon, orkowie ślą za nimi w pogoń swoje bandy het poza granice Dzikich Krajów. Porwała ich w swój wir wielka burza. Miejmy nadzieję, że z niej wyjdą cało. - A jak będzie z tobą? - spytał Merry. - Hm... hm... Nie mieszałem się dotychczas do wielkich wojen. To sprawy przede wszystkim elfów i ludzi. A także czarodziejów, bo ci zawsze troszczą się o przyszłość. Nie stoję po niczyjej właściwie stronie, bo nikt właściwie nie stoi po mojej, jeżeli rozumiecie, co chcę przez to powiedzieć. Nikt już nie dba o lasy tak, jak ja, nawet dzisiejsze elfy. Mimo to więcej żywię przyjaźni dla elfów niż dla innych plemion. To elfy przed wiekami uleczyły nas z niemoty, a mowa jest wielkim darem, nie zapomnimy im tego nigdy, chociaż nasze drogi rozeszły się już od dawna. Są reż na świecie stwory, z którymi na pewno nigdy się nie sprzymierzę, którym jestem z wszystkich sił przeciwny: ci tam... burarum... - Drzewiec zamamrotał basem z wielkim obrzydzeniem. - Orkowie i władcy, którym orkowie służą. Niepokoiłem się, kiedy cień zalegał Mroczną Puszczę, ale kiedy cofnął się do Mordoru, przestałem się na jakiś czas martwić. Mordor jest daleko stąd. Teraz jednak zdaje mi się, że wiatr dmie od wschodu i kto wie, może już zbliża się koniec wszystkich lasów świata. Stary ent nie może nic zrobić, żeby powstrzymać burzę. Musi ją przetrwać albo zginąć. Ale jest jeszcze Saruman! A Saruman to nasz sąsiad. Tego mi nie wolno zapomnieć. Z Sarumanem muszę coś zrobić. Wiele ostatnio myślałem, co by tu zrobić z Sarumanem. - Co to za jeden ten Saruman? - spytał Pippin. - Czy znasz jego historię? - Saruman jest czarodziejem - odparł Drzewiec. - Więcej nic wam o nim nie umiem powiedzieć. Nie znam historii czarodziejów. Pojawili się pierwszy raz, gdy Wielkie Okręty nadpłynęły zza Morza, ale czy przybyli na tych okrętach, tego nie wiem. Saruman, jak słyszałem, cieszył się między nimi wielkim poważaniem. Od pewnego czasu, wedle waszej rachuby od bardzo dawna, zaniechał wędrówek i przestał mieszać się do spraw elfów i ludzi. Osiadł na stałe w Angrenost, czyli w Isengardzie, jak nazywają to miejsce ludzie z Rohanu. Z początku siedział cicho, ale z biegiem lat coraz głośniej było o nim na świecie. Został podobno z wyboru głową Białej Rady, ale nic dobrego z jej poczynań nie wynikło. Teraz myślę, że może Saruman już wtedy knuł jakieś ciemne plany. W każdym razie sąsiadom nie przyczyniał kłopotów. Nieraz z nim rozmawiałem. Był taki czas, gdy lubił przechadzać się po moim lesie. Grzecznie pytał wtedy zawsze o pozwolenie, przynajmniej jeśli mnie spotkał; słuchał pilnie wszystkiego, co mówiłem, a ja mu powiedziałem wiele rzeczy, których by sam na pewno nie odkrył. Nigdy mi jednak nie odwzajemniał się szczerością za szczerość. Nie pamiętam, żeby mi cokolwiek powiedział. Zamykał się w sobie coraz bardziej. pamiętam jego twarz, chociaż od lat już jej nie widziałem; stała się z czasem jak okno w kamiennym murze, zamknięte od wnętrza okiennicami. Zdaje mi się, że zgaduję, do czego Saruman teraz dąży. Chce być Potęgą. Jemu w głowie metale i kółka, o żywe stworzenia wcale nie dba, chyba, że może posłużyć się nimi chwilowo. Dzisiaj to już jasne jak słońce, że Saruman jest nikczemnym zdrajcą. Zbratał się z najpodlejszym plemieniem, z orkami. Brm, hm... Ba, gorzej jeszcze: odmienił orków, zadał im jakiś niebezpieczny czar. Isengardczycy stali się bardzo podobni do ludzi, ale do złych, przewrotnych ludzi. Wszelkie złe stwory, które służą Wielkim Ciemnościom, poznaje się po tym, że nie mogą ścierpieć słońca. Ale orkowie Sarumana znoszą je, chociaż na pewno ze wstrętem. Ciekawe, jak on to zrobił? Czy Isengardczycy są ludźmi, których on w orków zaklął, czy też mieszańcami obu tych ras? Straszna byłaby to podłość Sarumana... Drzewiec mruczał coś pod nosem przez długą chwilę, jakby wymawiał jakieś najgłębsze, podziemne przekleństwo w języku entów. - Nieraz dawniej dziwiło mnie, że orkowie zapuszczają się tak śmiało w mój las i przechodzą tędy jakby nigdy nic - podjął znowu. - Dopiero ostatnimi czasy zrozumiałem, że to sprawka Sarumana, który od lat wyśledził ścieżki i odkrył moje tajemnice. Ten niegodziwiec i jego sługi pustoszą las. Na skrajach rąbią drzewa, dobre, zdrowe drzewa. Niektóre zostawiają zwalone, żeby gniły na miejscu, po prostu ze zwykłej orkowej złośliwości. Ale większość pni zabierają ze sobą, żeby nimi podsycać ognie Orthanku. Znad Isengardu stale teraz wzbijają się dymy. Przeklęte niech będą jego korzenie i gałęzie! Wiele spośród tych drzew było moimi przyjaciółmi, znałem je od orzeszka, od nasienia. Wiele z nich mówiło swoim własnym głosem, dziś na zawsze umilkłym. Pustkowia, poręby najeżone pniakami i zarosłe cierniem szerzą się tam, gdzie ongi śpiewał zielony las. Za długo się leniłem. Dopuściłem do szkód. Trzeba temu kres położyć! Gwałtownym podrzutem Drzewiec zerwał się z łoża, wstał i ciężką rękę położył na stole, aż misy światła zadrżały i wystrzeliły z nich dwa słupy płomieni. W oczach olbrzyma migotały zielone ogniki, a nastroszona broda zjeżyła mu się niby ogromna miotła. - Położę temu kres - mruknął basem. - Wy pójdziecie ze mną. Będziecie mi zapewne użyteczni. W ten sposób pomożecie też swoim przyjaciołom, bo jeśli nikt nie powstrzyma Sarumana, Rohan i Gondor będą zagrożone od zaplecza tak samo, jak są od frontu. Wspólna droga przed nami: do Isengardu! - Pójdziemy z tobą - rzekł Merry. - Zrobimy wszystko, co w naszej mocy. - Tak! - rzekł Pippin. - Chciałbym wiedzieć, jak Biała Ręka zostanie odrąbana. Chciałbym przy tym być, nawet gdybym nie na wiele mógł się przydać. Nigdy nie zapomnę Ugluka i tej drogi przez stepy Rohanu. - Dobrze! Dobrze! - powiedział Drzewiec. - Ale mówiłem trochę zbyt pochopnie. Trzeba działać rozważnie. zanadto się rozgrzałem. Muszę najpierw ochłonąć i pomyśleć. Bo łatwiej krzyknąć "hop!" niż przeskoczyć. Podszedł do wylotu groty i stał długą chwilę pod rzęsistym deszczem potoku. Zaśmiał się i otrząsnął, a krople rozpryskując się po ziemi migotały czerwonymi i zielonymi skrami. Olbrzym wrócił na łoże i pogrążył się w milczącej zadumie. Po jakimś czasie hobbici znów usłyszeli jego szept. Zdało im się, że Drzewiec liczy coś na palcach. - Fangorn, Finglas, Fladrif, tak, tak - mruczał. - Cała bieda, że niewielu nas zostało - westchnął zwracając się do hobbitów. - Trzech ledwie spośród starych entów, którzy chadzali po lasach, nim nadciągnęły Ciemności: ja, czyli Fangorn, a poza mną Finglas i Fladrif - jak brzmią nasze imiona w mowie elfów. Możecie tych moich współbraci nazywać Liścieniem i Okorcem, jeśli wolicie. Trzech nas jest, ale Liścień i Okorzec nie bardzo nadają się do tej roboty. Liścień rozespał się, można by rzec, zdrzewiał. Stoi na pół uśpiony i samotny przez całe lato w wysokiej trawie po kolana. Cały obrósł liścianym włosem. Dawniej budził się na zimę, ale ostatnio tak go sen zmorzył, że nawet zimą daleko nie zajdzie. Okorzec mieszkał na stokach gór, na zachód od Isengardu. Tam właśnie najwięcej było zniszczenia. On sam doznał ciężkich ran z ręki orków, a wielu jego poddanych i pasterzy drzew zamordowano i wytępiono. Okorzec schronił się wyżej, między brzozy, które szczególnie kocha, i nie chce stamtąd zejść. Mimo to uzbiera się pewnie drużyna jak się patrzy z młodszych krewniaków, jeśli będę umiał wytłumaczyć im, jaka to pilna i wspólna potrzeba. Jeśli zdołam ich poruszyć, bo niezbyt pochopny jest nasz ród. Szkoda, szkoda, że tak nas mało. - Dlaczego tak was mało, skoro od bardzo dawna zamieszkujecie ten kraj? - spytał Pippin. - Czy tylu pomarło? - Ej, nie! - odparł Drzewiec. - Żaden nie umarł od środka, że się tak wyrażę. Niektórzy zginęli w ciągu tylu wieków od złych przygód, to prawda. Ale jeszcze więcej po prostu zdrzewiało. Nigdy jednak nie było nas wielu i ród się nie rozplenia. Nie ma potomstwa, nie ma entowych dzieci, jak byście wy to powiedzieli, nie rodzą się już od bardzo dawna. Trzeba wam wiedzieć: straciliśmy żony. - To strasznie smutne! - powiedział Pippin. - Wszystkie wymarły? - Wymrzeć nie wymarły - odparł Drzewiec. - Nie mówiłem przecież, że umarły. Powiedziałem: straciliśmy żony. Zginęły nam i nie możemy ich odnaleźć. - Westchnął. - Myślałem, że wszystkie inne plemiona wiedzą o tym. Wśród elfów i ludzi w Mrocznej Puszczy i Gondorze śpiewano pieśni o entach, którzy szukają swoich zagubionych żon. Niemożliwe, żeby już wszystkie te pieśni poszły w zapomnienie. - Niestety, nie dotarły widać zza gór na zachód, do Shire'u - rzekł Merry. - czy nie zechciałbyś nam opowiedzieć o tym albo zaśpiewać którejś z tych pieśni? - Chętnie, chętnie - odparł Drzewiec, najwyraźniej uradowany prośbą hobbita. - Ale nie będę mógł opowiedzieć wszystkiego dokładnie, tylko pokrótce, z grubsza. A potem trzeba będzie zakończyć pogawędkę, bo jutro muszę zwołać naradę i czeka mnie moc roboty, a kto wie, czy nie przyjdzie od razu wyruszyć w drogę. - Dziwna to historia i bardzo smutna - zaczął po chwili namysłu. - W dawnych czasach, kiedy świat był młody, a puszcza rozległa i dzika, entowie wędrowali po niej i mieszkali razem ze swoimi kobietami, a były wśród nich także śliczne młódki... pamiętam Fimbrethil, Gałęzinkę, jak lekko stąpała po lesie za tych dni młodości! Ale nasze serca oddalały się od siebie coraz bardziej, bo entowie co innego kochali niż ich żony. Entowie kochali wielkie drzewa, dziką puszczę, stoki wysokich gór; pili wodę z górskich potoków, a jedli tylko te owoce, które drzewa rzucały im pod nogi na ścieżkę, a gdy nauczyli się od elfów mowy, rozmawiali z drzewami. Lecz żony entów upodobały sobie rzadkie zagajniki i słoneczne łąki na skrajach lasu, wypatrywały ostrężyn w gąszczu, wiosną - kwitnących dzikich jabłoni i wisien, latem - ziół pachnących nad wodą, a jesienią - kłosów wśród trawy. Nie chciały z tymi wszystkimi stworzeniami rozmawiać, żądały tylko, żeby ich słuchały i spełniały ich wolę. Żony entów kazały wszystkiemu rosnąć wedle swoich życzeń, dostarczać sobie liści i owoców; lubiły bowiem porządek, dostatek i spokój, a to wedle ich rozumienia znaczyło, że każda rzecz ma zostawać tam, gdzie one ją umieściły. W ten sposób żony entów założyły ogrody i zamieszkały w nich. Entowie jednak dalej wędrowali po lasach i tylko od czasu do czasu wracali do ogrodów i do swoich żon. Potem, kiedy Ciemności ogarnęły kraje północy, żony entów przeprawiły się za Wielką Rzekę i założyły na drugim jej brzegu nowe ogrody, uprawiły nowe pola. Już wówczas rzadziej je widywaliśmy. Gdy Ciemności odparto, kraina entowych żon rozkwitła bujnie, pola ich szumiały łanami zbóż. Ludzie nauczyli się od naszych żon niejednej umiejętności i bardzo je szanowali, lecz o nas, ich mężach, nic prawie nie wiedzieli; byliśmy tylko legendą, tajemnicą ukrytą w głębi puszczy. A przecież my żyjemy po dziś dzień, gdy ogrody naszych żon, z dawna już spustoszone, zmieniły się w ugory. Ludzie zwą je teraz Brunatnymi Polami. Pamiętam, przed laty - w czasach wojny między Sauronem a ludźmi zza Morza - zatęskniłem za moją Fimbrethil. Kiedy ją widziałem ostatni raz, wydała mi się bardzo piękna, chociaż już niepodobna do entowych żon z dawnych czasów. Bo te nasze żony od ciężkiej pracy przygarbiły się, skóra im ściemniała, włosy spłowiały na słońcu i nabrały odcienia dojrzałego zboża, a policzki pokraśniały jak jabłka. Tylko oczy zostały takie, jakie zawsze w naszym plemieniu bywały. Przeprawiliśmy się przez Anduinę i zawędrowaliśmy aż do kraju naszych żon. Ale ujrzeliśmy tam pustynię, pogorzeliska i nagą ziemię. Wojna bowiem przeszła tamtędy. Po naszych żonach nie znaleźliśmy nawet śladu. Długo nawoływaliśmy, długo szukaliśmy. Każdego napotkanego stworzenia pytaliśmy, czy nie wie, dokąd wywędrowały entowe żony. Jedni powiadali, że widzieli, jak szły na zachód, inni - że na wschód, a jeszcze inni - że na południe. Lecz szukaliśmy wszędzie na próżno. Wielki był nasz żal, lecz puszcza wzywała i wróciliśmy do niej. Przez wiele lat wychodziliśmy z lasów, wciąż na nowo podejmowaliśmy poszukiwania, wędrowaliśmy daleko, we wszystkie strony, wywołując piękne imiona naszych żon. Czas płynął, coraz rzadziej wychylaliśmy się poza las, coraz bardziej skracaliśmy te wyprawy. Dziś po naszych żonach zostało nam tylko już wspomnienie, brody wyrosły nam długie i siwe. Elfy ułożyły wiele pieśni o entach poszukujących swoich żon i niektóre z tych pieśni ludzie przetłumaczyli na swój język. My śpiewając nie dobieramy słów, wystarczają nam piękne imiona, które ongi nadaliśmy swoim żonom. Wierzymy, że kiedyś znów spotkamy się z nimi i może znajdziemy taki kraj, w którym będziemy mogli żyć razem, który się i nam, i naszym żonom zarówno spodoba. Wedle starej przepowiedni stanie się to jednak dopiero wówczas, gdy i my, i one utracimy wszystko, co dawniej posiadaliśmy. Kto wie, czy już wreszcie nie zbliża się ta godzina. Bo Sauron już dawno spustoszył ogrody naszych żon, a dziś Nieprzyjaciel grozi zniszczeniem lasów. Elfy ułożyły pieśń, która o tym mówiła, jeśli ją dobrze zrozumiałem. Śpiewano ją wszędzie na wybrzeżach Wielkiej Rzeki. Zważcie, że nie była to nigdy pieśń entów. W naszej mowie musiałaby ciągnąć się o wiele, wiele dłużej. Umiemy ją jednak na pamięć i nucimy sobie od czasu do czasu. W waszym języku brzmiałaby mniej więcej tak: Ent Gdy w bukach wiosną pęka liść I krąży sok w gałązkach; Gdy leśny strumień w słońcu lśni, Trzepoce w wietrze wstążka - Gdy pełny oddech, długi krok, A powiew w wiatr się zmienia - Wróć do mnie, miła, by mi rzec, Że piękna moja ziemia! Żona Enta Gdy wiosna gości pośród pól, Gdy źdźbło nasieniu rade, Gdy okwiat niby lśniący śnieg Króluje ponad sadem, Gdy słońce i wiosenny deszcz Sad w wonny bukiet zmienia - Zostanę tutaj, bo i tu Też piękna moja ziemia! Ent Gdy lato ogarnęło świat, A w południowym skwarze Pod dachem liści drzewa śnią Sen najpiękniejszych marzeń, Gdy w lesie groty wabi chłód, A wieczór tonie w cieniach - Wróć do mnie, miła, by mi rzec, Że lepsza moja ziemia! Żona Enta Gdy lato grzeje owoc drzew I gdy dojrzewa w śliwach, Gdy złote źdźbło i biały kłos - Gdy już skończone żniwa, Gdy jabłko źrałe, słodko miód I coraz więcej cienia - Zostanę tutaj, gdzie mój raj, Bo lepsza moja ziemia. Ent Gdy przyjdzie zima, kiedy mróz Pościna lodem rzeki, Gdy wstąpi noc, bezgwiezdna noc Na nieba szlak daleki, Gdy śmiercią wionie wschodni wiatr, Zapukam do twej bramy - I w mroźny deszcz, o, miła ma, Na pewno się spotkamy! Żona Enta Gdy przyjdzie zima, ścichnie pieśń I świat ogarną cienie, Gdy gałąź z hukiem trzaśnie w pół, Zapukam wtedy do twych drzwi, A kiedy się spotkamy, Pójdziemy razem w mroźny deszcz Za domu twego bramy. Oboje Pójdziemy razem drogą dróg Na zachód w obcą stronę - I tam znajdziemy wreszcie kraj I szczęście wymarzone. Drzewiec umilkł. - Tak brzmi ta pieśń - rzekł po chwili. - Oczywiście, elfy ją ułożyły po swojemu: lekkomyślnie, pochopnie. Ledwo się rozśpiewasz, a już i koniec pieśni. No, ale jest dość ładna, jak mi się zdaje. Entowie, gdyby mieli czas, mogliby o tym znacznie więcej opowiedzieć. Teraz jednak muszę już koniecznie wstać, żeby się trochę zdrzemnąć. A wy gdzie macie ochotę postać? - My zwykle śpimy na leżąco - rzekł Merry. - Dobrze nam będzie tu, gdzie jesteśmy. - Na leżąco sypiacie? - zdziwił się Drzewiec. - A tak, tak, oczywiście! Hm... hm... Zapomniałem. Pieśń przeniosła mnie w dawne czasy. Przez chwilę wydawało mi się, że mówię do małych enciąt. No, tak... kładźcie się na łożu. ja postoję pod deszczem. Dobranoc. Merry i Pippin wygramolili się na łoże i otulili w miękkie siano i paprocie. Posłanie było świeże, pachnące i ciepłe. Światła przygasły i lśnienie drzew przybladło, lecz u wejścia do groty widzieli sylwetę starego Drzewca, który znieruchomiał wyprostowany, z rękami wzniesionymi nad głową. Gwiazdy wzeszły na niebie i w ich blasku krople wody lśniły jak srebrne perły sypiąc się na jego włosy i ręce, spadając deszczem aż na stopy. Wsłuchani w szelest kropel hobbici usnęli. Kiedy się zbudzili, chłodne słońce rozjaśniało polanę i zaglądało do koliby. Górą pędziły strzępy chmur gnane ostrym wiatrem od wschodu. Drzewca nigdzie w pobliżu nie było widać, lecz gdy Merry i Pippin kąpali się w muszli przed grotą, usłyszeli jego pomruk i piosenkę, a wkrótce i on sam ukazał się na ścieżce między drzewami. - Hm, hu, ho! Dzień dobry, Merry, dzień dobry, Pippinie! - huknął na ich widok. - Zaspaliście. ja tymczasem zdążyłem już od rana przejść dobrych paręset kroków. teraz napijemy się, a potem pójdziemy na Wiec. Napełnił dla nich kubki czerpiąc z kamiennej stągwi, lecz teraz z innej niż poprzedniego wieczora. Smak napoju także był inny, bardziej jak gdyby ziemny, pokrzepiający i sycący jak jadło. Gdy hobbici siadłszy na brzegu łoża popijali i zagryzali okruchami lembasów - raczej z rozsądku tylko i zwyczaju uzupełniając w ten sposób śniadanie, bo nie czuli głodu - Drzewiec stał podśpiewując jakąś pieśń entów czy może elfów, w każdym razie w niezrozumiałym języku, i spoglądał w niebo. - Wysoko to na ten Wiec? - ośmielił się zapytać Pippin. - Co? Na Wiec? - odparł Drzewiec obracając się ku niemu. - Wiec to nie góra, ale zgromadzenie entów, zresztą rzadko teraz już zwoływane. Ale dość dużo współbraci obiecało się stawić. Spotkamy się tam, gdzie zawsze dawniej wiecowaliśmy, w Zaklętej Kotlinie - jak ją ludzie nazwali. Leży ona na południe stąd. Musimy zdążyć na miejsce, nim słońce dojdzie do połowy nieba. Wkrótce też ruszyli w drogę. Drzewiec, tak samo jak poprzedniego dnia, wziął hobbitów na ręce. Od bramy Źródlanej Sali skręcił w prawo, przeskoczył strumień i pomaszerował na południe trzymając się podnóży wysokich, stromych wzgórz, z rzadka porosłych drzewami. Wyżej na ich stokach widać było kępy brzóz i jarzębin, a ponad nimi ciemny, pnący się ku szczytom bór świerkowy. Po niejakim czasie Drzewiec spod wzgórz zboczył w gęsty las: tak wysokich, rozłożystych i skupionych w zbitą masę drzew jeszcze hobbici nie widzieli. Zrazu ogarnęła ich duszność, podobnie jak wówczas, gdy po raz pierwszy zagłębili się w las Fangornu, lecz tym razem szybko odzyskali oddech. Drzewiec nic do nich nie mówił. Nucił sobie coś pod nosem w zamyśleniu, słów jednak hobbici nie mogli rozróżnić; brzmiało to jakby: bum, bum, rumbum, bur, bur, bum... i tak w kółko, tylko ton i rytm zmieniał się ustawicznie. Od czasu do czasu zdawało im się, że słyszą z głębi lasu odpowiedź, pomruk czy drżący głos, dochodzący jak gdyby spod ziemi czy może z koron liści nad ich głowami, a może z wnętrza pni. Drzewiec wszakże nie zatrzymywał się ani nie odwracał głowy. Szedł tak dość długo; Pippin próbował liczyć entowe kroki, lecz bez powodzenia, bo już po trzech tysiącach, gdy Drzewiec nieco zwolnił tempa, stracił rachunek. Nagle ent stanął, opuścił hobbitów w trawę, podniósł do ust obie dłonie zwinięte w trąbkę i zaczął nawoływać po swojemu. Potężne "hum, hum!" rozniosło się basem niby głos rogu po lesie i jakby echem odbiło pośród drzew. Z daleka, ze wszystkich stron zabrzmiały w odpowiedzi; "hum, huum!" - wywoływane na różne tony. Drzewiec usadowił teraz hobbitów na swoich ramionach i ruszył znowu, co chwila jednak przystając i pomrukując, a za każdym razem odpowiedzi dolatywały bliższe i głośniejsze. Wreszcie stanęli przed zwartą, nieprzeniknioną, jak się zdawało, ścianą zieleni. tego gatunku drzew nigdzie dotychczas hobbici nie spotkali; nie traciły na zimę listowia, rozgałęziały się tuż nad ziemią, jakby od samych korzeni, i krył je taki gąszcz ciemnych, połyskliwych liści, że wyglądały jak ogromne ostrokrzewy pozbawione cierni; pośród gałązek sterczały sztywne pędy kwiatowe, z nabrzmiałymi, oliwkowymi pąkami. Drzewiec skręcił w lewo i po kilku zamaszystych krokach dotarł do wąskiego przejścia otwartego w tym olbrzymim żywopłocie. Biegła tędy wydeptana ścieżka, stromo opadająca w dół długim, spadzistym zboczem. Hobbici zorientowali się, że Drzewiec niesie ich w głąb wielkiej kotliny, krągłej jak miska, bardzo szerokiej i zaklęsłej, otoczonej na krawędzi strzelistym, ciemnozielonym murem żywopłotu. Kotlina była wysłana miękką trawą i bezdrzewna, tylko pośrodku, na samym jej dnie, rosły trzy piękne, smukłe, srebrzyste brzozy. Ścieżka, którą obrał Drzewiec, nie była jedyną drogą do tego zakątka; dwie inne widły od zachodu i wschodu. Sporo entów było już na miejscu, a wszystkimi trzema ścieżkami już nadciągało ich więcej. Wreszcie hobbici mogli im się przyjrzeć z bliska. Spodziewali się, że zobaczą gromadę sobowtórów Drzewca, tak do siebie podobnych, jak hobbit do hobbita - przynajmniej w oczach obcoplemieńca - toteż zdumieli się niezmiernie, stwierdzając, że z entami sprawa przedstawia się zupełnie inaczej. Różnili się między sobą tak jak drzewa; niektórzy - jak drzewa tej samej nazwy, które jednak inaczej wyrosły i różne przeszły koleje losu; inni - jak drzewa odmiennych gatunków, tak niepodobne jak brzoza do buka albo dąb do jodły. Kilku sędziwych brodatych entów przypominało drzewa bardzo stare, ale zawsze zdrowe i krzepkie, żaden z nich jednak nie zdawał się tak wiekowy jak Drzewiec. Entowie wysokiego wzrostu, silni, zgrabni i gładcy jak najmłodsze drzewka, byli niewątpliwie młodsi, lecz dojrzali. Dzieci, nowych pędów, próżno hobbici wypatrywali w tej gromadzie. A przecież zebrało się już ze dwa tuziny entów na szerokiej, trawiastej polanie i drugie tyle nadciągało stokami kotliny. W pierwszej chwili oszołomiła Meriadoka i Pippina przede wszystkim ta niezwykła różnorodność leśnego plemienia, mnóstwo rozmaitych kolorów, kształtów, sylwetek wyższych i niższych, cieńszych lub grubszych w pasie, o dłuższych lub krótszych ramionach i nogach, o różnej też ilości palców u rąk i stóp: od trzech do dziewięciu. Paru zdawało się najbliżej spokrewnionych z Drzewcem i przypominało buki czy może dęby. Lecz byli też zupełnie inni entowie, podobni do kasztanowców, brunatni, na krótkich, grubych nogach, o dłoniach szerokich i rozcapierzonych palcach; podobni do jesionów: smukli, wyprostowani, siwi, z mnóstwem palców u rąk i z długimi nogami; podobni do jodły - najroślejsi; podobni do brzóz, do jarzębin, do lip. Dopiero gdy entowie skupili się wokół Drzewca i lekko pochylając głowy szeptali coś dźwięcznymi, spokojnymi głosami, wpatrując się uważnie, przeciągle w twarze dwóch obcych gości - hobbici spostrzegli, że wszyscy mają jakieś rodzinne podobieństwo i takie same oczy, nie tak stare wprawdzie i głębokie jak Drzewiec, lecz równie cierpliwe, uparte, zadumane i rozświetlone zielonymi skrami. Kiedy wreszcie cała gromada zebrała się w kotlinie i otoczyła szerokim kręgiem Drzewca, zaczęła się dziwna, niezrozumiała dla hobbitów rozmowa. Entowie wszyscy zanucili z cicha: któryś zaintonował pierwszy, drugi mu zawtórował, aż w końcu wszyscy włączyli głosy go chóru. Powolny śpiew to wznosił się, to opadał, czasem rozbrzmiewał wyraźniej po jednej stronie kręgu, by po chwili przycichnąć i znów wezbrać potężnie, lecz już od innej strony. Pippin nie mógł ani zrozumieć, ani nawet odróżnić słów, domyślał się tylko, że to jest mowa entów, i z początku wydała mu się tak ładna, że słuchał jej z przyjemnością; wkrótce jednak opanowało go roztargnienie. Czas płynął, pieśń wlokła się bez końca, aż hobbit zaczął podejrzewać, że entowie w swoim "niepochopnym języku" nie zdążyli jeszcze powiedzieć sobie nawzajem "dzień dobry". Przyszło mu też do głowy, że jeśli Drzewiec zechce przeprowadzić apel, wymienienie imion całego pogłowia entów może potrwać ładnych kilka dni. "Ciekaw jestem, jak w ich mowie brzmi "tak" i "nie" - pomyślał i ziewnął. Drzewiec spostrzegł to natychmiast. - Hm, hm, mój Pippinie! - rzekł, a wszyscy entowie przerwali śpiew. - Zapomniałem, że wy hobbici, należycie do bardzo pochopnego plemienia. Zresztą każdy by się szybko znudził słuchając przemówień, z których nic nie rozumie. Możecie się trochę przejść. Już was przedstawiłem entom, obejrzeli was, upewnili się, że nie jesteście orkami, i przyznali, że należy do spisu mieszkańców ziemi dodać nową linijkę. Więcej jak dotąd wiec nie uchwalił, ale i to dużo, jak na zebranie entów, szybko się dziś posuwamy. Jeżeli macie ochotę, pospacerujcie po kotlinie. Znajdziecie źródło tam, na północnej skarpie, woda jest czysta, napijcie się, to was odświeży. My musimy wymienić jeszcze parę wstępnych słów, zanim wiec rozpocznie się na dobre. Odszukam was i powiadomię, jak sprawy stoją, gdy będzie już coś postanowione. Postawił hobbitów na ziemi. Merry i Pippin, zanim odeszli, ukłonili się grzecznie. ten gest ubawił entów ogromnie, jak można się było domyślić z ich pomruku i z nagłego błysku w oczach; zaraz jednak podjęli znów naradę. Hobbici wspięli się ścieżką, która prowadziła z zachodniego stoku, i wyjrzeli przez furtę za żywopłot. Nad krawędzią kotliny wznosiły się zalesione zbocza, a w oddali, nad czubami świerków porastających najdalsze wzgórza, ostro wystrzelały pod niebo śnieżnobiałe szczyty wysokiego górskiego łańcucha. Patrząc w lewo, w stronę południa, widzieli tylko morze lasu spływające w dół i roztapiające we mgle. na odległym widnokręgu prześwitywała blada zieleń: stepy Rohanu - jak domyślał się Merry. - Chciałbym wiedzieć, gdzie jest Isengard - powiedział Pippin. - Nie wiem dokładnie, gdzie jesteśmy - odparł Merry. - Ten szczyt to zapewne Methedras, a jeśli mnie pamięć nie myli, krąg gór otaczający Isengard znajduje się w rozwidleniu czy raczej w głębokim kotle u końca górskiego łańcucha, a więc jest ukryty za tym ogromnym grzbietem. Wydaje mi się nawet, że dostrzegam dym albo jakieś opary tam, na lewo od tego wierzchołka. - Jak wygląda Isengard? - spytał Pippin. - Zastanawiam się, czy entowie w ogóle mogą coś zdziałać przeciw tej twierdzy Sarumana. - Ja się też nad tym zastanawiam - rzekł Merry. - Isengard to, o ile mi wiadomo, płaska przestrzeń otoczona kręgiem skał, gór, ze sterczącą pośrodku na wyspie czy na kamiennym cokole wieżą, zwaną Orthankiem. Tam mieszka Saruman. W ścianie gór jest brama, a także, jeśli dobrze pamiętam, przełom, przez który płynie rzeka. Spada ona od źródeł w górach ku Wrotom Rohanu. Trudno sobie wyobrazić, żeby entowie mogli być niebezpieczni dla tak warownej fortecy. Ale nie jestem tego zupełnie pewny. Entowie są trochę zagadkowi, kto wie, może groźniejsi i wcale nie tacy, powiedzmy, zabawni, jak by się z pozoru wydawało; niby powolni, cierpliwi, dziwacy, niemal smutni. A mimo to sądzę, że można ich rozruszać. A jeżeli raz się ruszą, nie chciałbym być w skórze ich przeciwników. - Tak! - odparł Pippin. - Rozumiem cię dobrze. Różnica mniej więcej taka, jak między starą krową, przeżuwającą flegmatycznie trawę na pastwisku, a rozjuszonym bykiem. Zmiana może nastąpić w okamgnieniu. Ciekawe, czy Drzewiec zdoła ich rozruszać? Sam przecież rozruszał się nagle wczoraj wieczorem, ale natychmiast zdrętwiał znowu. Zawrócili ku kotlinie. Głosy entów w dalszym ciągu to podnosiły się, to opadały: narada trwała. Słońce stało już tak wysoko, że zaglądało ponad żywopłotem i błyszczało na czubach brzóz, zalewając zwrócone na północ stoki chłodnym złotym światłem. W jego blasku hobbici zauważyli małe migocące źródełko. Ruszyli w tym kierunku krawędzią kotliny pod żywopłotem - przyjemnie było poczuć znów świeżą trawę pod stopami i wędrować bez pośpiechu - a potem zeszli w dół, ku perlącej się wodzie. Była czysta, zimna, orzeźwiająca; wypili po łyku i przysiedli na omszałym kamieniu obserwując, jak plamy słońca połyskują w trawie i jak cienie żeglujących obłoków suną przez dno kotliny. Entowie mruczeli dalej. Cały ten zakątek wydał się hobbitom niezwykły, obcy, odległy od wszystkiego, co kiedykolwiek przeżyli. I nagle zatęsknili gorąco do twarzy i głosów przyjaciół, a najbardziej do Froda, Sama i Obieżyświata. Wreszcie entowie przerwali swój śpiew. Podnosząc głowy hobbici zobaczyli Drzewca idącego w ich stronę z jakimś drugim entem u boku. - Hm, hm... Jestem wreszcie - rzekł Drzewiec. - Znudziliście się pewnie? Uprzykrzyło wam się oczekiwanie, hę? No, trudno, musicie się zdobyć na jeszcze trochę cierpliwości. Skończyliśmy pierwszą część narady, ale teraz muszę z kolei wytłumaczyć całą sprawę tym, którzy mieszkają daleko stąd i daleko od Isengardu, a także tym, których nie zdążyłem odwiedzić przed wiecem, no, a dopiero potem zdecydujemy się, co robić. Jednakże decyzja, co robić, nie zajmuje zwykle entom tak wiele czasu, jak przegląd wszystkich faktów oraz zdarzeń, które wymagają osądzenia. Mimo to nie ukrywam, że narada potrwa jeszcze dość długo, może kilka dni. Dlatego przyprowadziłem wam kompana. W języku elfów jego imię brzmi Bregalad. Ma tu w pobliżu dom. Powiada, że ma już zdanie wyrobione i nie potrzebuje wobec tego uczestniczyć w dalszym ciągu wiecu. Hm, hm... Bregalad, jak na enta, jest dość pochopnego usposobienia. Powinniście się z nim dogadać. Do widzenia! Drzewiec obrócił się i odszedł. Bregalad stał przez chwilę w milczeniu przyglądając się hobbitom, a hobbici przyglądali mu się nawzajem, bardzo ciekawi, kiedy nareszcie zdradzi swoją "pochopność". Wzrostu był wysokiego i wyglądał na młodego jeszcze enta, bo skórę na ramionach i nogach miał gładką, wargi rumiane, a włosy szarozielone. Giął się i kołysał jak smukłe drzewo na wietrze. W końcu przemówił. Głos, chociaż donośny, brzmiał czyściej i nie tak basowo jak w ustach Drzewca. - Hm, hm... Może byśmy się trochę przeszli po lesie? - rzekł. - Nazywam się Bregalad, co na wasz język tłumaczy się: Żwawiec. Ale to tylko przezwisko, oczywiście. Obdarzono mnie nim, gdy kiedyś odpowiedziałem "tak!" pewnemu starszemu entowi, zanim dokończył pytania. Piję też szybciej od moich współbraci i zwykle wychodzę, zanim oni zdążą kubek przechylić. Chodźcie ze mną. Wyciągnął smukłe ramiona i każdemu z hobbitów podał jedną rękę. Cały dzień wędrowali z nim po lesie śpiewając i śmiejąc się, bo Żwawiec lubił się śmiać. Śmiał się, kiedy słońce wyjrzało zza chmur, śmiał się, kiedy spotkali na swej drodze potok albo źródło; zawsze wtedy pochylał się i oblewał sobie wodą stopy i głowę; śmiał się też z szeptów i szumu drzew. Ilekroć zaś zobaczył jarzębinę, przystawał, rozkładał ramiona i zaczynał śpiewać, a śpiewając kołysał się łagodnie. O zmroku zaprowadził hobbitów do swego domu; co prawda był to tylko omszały głaz sterczący z trawy na zielonej skarpie. Wkoło rosły jarzębiny, nie brakowało też oczywiście wody, jak zawsze w siedzibie enta: ze skarpy spływał szumiący potok. Gawędzili we trzech, patrząc jak noc ogarnia las. Z niezbyt odległej kotliny wciąż jeszcze dochodziły głosy wiecujących entów, brzmiały jednak coraz niższymi tonami i mniej ociężale, a chwilami jeden wybijał się nagle ponad milknący chór wysoką, żywą nutą. Bregalad tymczasem po cichu, niemal szeptem wciąż coś opowiadał w swojej rodzinnej mowie. Hobbici dowiedzieli się, że nowy przyjaciel należy do rodu Okorca i że kraina, którą dawniej zamieszkiwał, została spustoszona. Toteż nie potrzebowali już pytać, dlaczego Żwawiec jest bardziej niż inni entowie "pochopny", przynajmniej gdy chodzi o niechęć do orków. - Rosły w moich ojczystych stronach jarzębiny - szeptał Bregalad ze smutkiem - drzewa, które zapuściły w tej ziemi korzenie, gdy byłem jeszcze małym dzieckiem, wiele, wiele lat temu, za dni pokoju. Najstarsze posadzili tam entowie, żeby przypodobać się swoim żonom, one jednak obejrzawszy je oznajmiły z uśmiechem, że znają kraj, w którym kwitną piękniejsze kwiaty i rodzą się dorodniejsze owoce. Ale dla mnie nie ma piękniejszych drzew nad jarzębiny. Rosły tak bujnie, że cień każdej z nich tworzył jak gdyby zielony dom, a jesienią gałęzie uginały się od jagód czerwonych i pięknych nad podziw. Zlatywały się do nich ptaki. Lubię ptaki, nawet gadatliwe, a jarzębina ma owoców dość, żeby się z wszystkimi podzielić. Ale ptaki z czasem stały się nieprzyjazne i łapczywe, oskubywały gałęzie, zrzucały jagody na ziemię, wcale ich nie jedząc. Potem przyszli orkowie z siekierami i ścięli moje drzewa. Na próżno wywoływałem ich najmilsze imiona, nie drgnął ani jeden listek, jarzębiny nie słyszały mnie i nie odpowiadały. Leżały martwe. O, Orofarne, Lassemista, Karnimirie! Jarzębino - ktoś twój długi włos ustroił w biały kwiat. Jarzębino moja, twój lśniący strój ozdobą złotych lat. Gałązek kiść i lekki liść, łagodny szum i szept, Twój rudy czub połączył ślub z błękitem górnych nieb. Jarzębino - dziś już martwy liść - i kruchy, siwy włos, Bo nadszedł dzień, że skruszał pień i ścichł na wieki głos. O, Orofarne, Lassemista, Karnimirie! Hobbici usnęli słuchając łagodnego głosu Bregalada, jego pieśni opłakującej jak gdyby w wielu różnych językach śmierć drzew, które ent kochał. Następny dzień spędzili również w towarzystwie Żwawca, lecz nie oddalali się od jego domu. Wiele godzin przesiedzieli w milczeniu w zacisznym kącie pod skarpą, wiatr bowiem dmuchał chłodem, a ciemne chmury nisko zawisły nad stropem lasu. Słońce z rzadka tylko przeświecało, w oddali zaś głosy wiecujących entów wciąż to podnosiły się, to opadały, niekiedy donośne i silne, niekiedy ciche i smutne, chwilami przyspieszając rytm, a chwilami zwalniając uroczyście, jakby zawodziły pieśń żałobną. Druga noc nadeszła, lecz entowie radzili dalej pod chmurami, które z wiatrem mknęły po niebie, w niepewnym, mrugającym świetle gwiazd. Trzeci dzień wstał chłodny i wietrzny. O świcie głosy wiecujących entów wzbiły się nagle wielkim krzykiem, lecz zaraz potem znowu ścichły. W miarę jak płynęły godziny poranka, wiatr uspokajał się i nad lasem powietrze stało się ciężkie, jakby naładowane oczekiwaniem. Hobbici spostrzegli, że Bregalad wsłuchuje się w napięciu w dolatujące z kotliny głosy, które jednak im, siedzącym w zaciszu entowego domu, wydawały się bardzo nikłe. Nadeszło popołudnie i słońce, wędrując na zachód, ku górom, słało spomiędzy chmur wydłużone złote słupy blasku. Nagle hobbici zauważyli, że wszystko wkoło nich znieruchomiało, jak gdyby cały las nasłuchiwał w skupieniu. Tak, to głosy entów umilkły zupełnie. Co mogła znaczyć ta cisza? Bregalad stał wyprostowany i sprężony, patrząc w stronę północy, gdzie leżała Zaklęta Kotlina. Nagle zagrzmiał potężny okrzyk: Ra - hum - raa! Drzewa zadrżały i przygięły się, jakby od podmuchu wichury. Znów zaległa na chwilę cisza, a potem odezwały się bębny uroczystym rytmem marsza i nad ich werbel wzbił się chór głosów czystych i silnych. Naprzód, naprzód, bęben nasz gra: ta-randa randa randa ram! Entowie ruszyli. Coraz bliżej rozlegała się pieśń: Naprzód, naprzód, bęben dudni i róg gra: ta-runa runa runa ram! Bregalad wziął hobbitów na ręce i także wyruszył ze swego domu. Po chwili hobbici ujrzeli zastęp w marszu: entowie sadzili wielkimi krokami stokiem wzgórza w dół. Na czele szedł Drzewiec, za nim z pół setki współbraci, którzy postępowali dwójkami, w nogę, wyklaskując dłońmi na udach regularny rytm. Byli już tak blisko, że hobbici widzieli błysk i zielone skry w ich oczach. - Hum, hm! Ruszyliśmy hucznie, ruszyliśmy nareszcie! - zawołał Drzewiec spostrzegając Bergalada i hobbitów. - Chodźcie z nami, przyłączcie się do gromady. Ruszyliśmy. Idziemy na Isengard! - Na Isengard! - odkrzyknęły liczne głosy. - Na Isengard! Na Isengard, na Isengard! Zły czeka los kamienną włość! Choć Isengard, jak hardy czart I gładki dość, jak goła kość - Dziś każdy woj z nim stoczy bój I dźwignie głaz i w dźwierza prask! Już pień się tli, pryskają skry, Bój wzywa nas - idziemy wraz! Na Isengard, i mieczem w pierś, Niesiemy śmierć, niesiemy śmierć! Tak śpiewali maszerując na południe. Bregalad z ogniem w oczach podskoczył do szeregu i zajął miejsce w boku Drzewca. Stary ent wziął od niego hobbitów i znów usadowił ich sobie na ramionach. Sunęli więc dumnie na czele rozśpiewanego pochodu, serca biły im mocno, głowy zadzierali wysoko. Oczekiwali, że stanie się coś niezwykłego, a mimo to zdziwiło ich przeobrażenie entów. Jakby nagle runęły upusty, z dawna powstrzymywane przez potężną zaporę. - Jednakże entowie namyślili się dość szybko, prawda? - ośmielił się zagadnąć Pippin, gdy po jakimś czasie śpiew umilkł i tylko tupot nóg i klaskanie rąk rozlegało się w ciszy. - Szybko? - rzekł Drzewiec. - Hm... Rzeczywiście. Szybciej, niż się spodziewałem. Od wieków nie widziałem ich tak wzburzonych. My, entowie, nie lubimy się burzyć. I nie burzymy się nigdy, póki nie przekonamy się na pewno, ze naszym drzewom i nam samym grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Nic podobnego nie zdarzyło się w tym lesie od czasu wojen między Sauronem a ludźmi zza Morza. Cała wina spada na orków, że niszczyli las z samej złośliwości... rarum!... bo nie mają na swoje usprawiedliwienie nawet tego, że potrzebowali drew do podsycania ognia w swoich piecach. To nas najbardziej zgniewało, a także zdradziecki postępek sąsiada, który powinien był nas wspierać. Od czarodziejów wymaga się czegoś więcej, i zazwyczaj inaczej też postępują. na taką zdradę nie ma dość strasznej klątwy, dość nikczemnej nazwy w języku elfów, entów ani ludzi. Precz z Sarumanem! - Czy naprawdę rozwalicie bramy Isengardu? - spytał Merry. - Hm, hm... być może, być może. Nie wiesz, jaką mamy siłę. Czy słyszałeś o trollach? Są bardzo silni. A przecież to tylko poczwary, które za dni Wielkich Ciemności stworzył Nieprzyjaciel przedrzeźniając entów, tak samo jak na drwinę z elfów wyhodował orków. My jesteśmy od trollów silniejsi, jesteśmy kością z kości Ziemi. Jak korzenie drzew, tak i my umiemy rozsadzać głazy, ale robimy to szybciej niż one, znacznie szybciej, gdy wpadniemy w gniew. Jeżeli nas siekierami nie zetną, ogniem nie spalą albo nie zniszczą czarami, rozłupiemy na drzazgi cały Isengard i obrócimy jego mury w perzynę. - Ale Saruman pewnie będzie starał się was powstrzymać? - Hm, ha! Pewnie, że tak. Nie zapomniałem o tym. Długo o tym rozmyślałem. Ale, widzicie, wielu entów jest ode mnie młodszych o kilka pokoleń drzew. Teraz wszyscy wzburzyli się i jedno im tylko w głowie: rozbić Isengard. Wkrótce wszakże zaczną znów zastanawiać się, ochłoną, kiedy przyjdzie pora na wieczorny kubek napoju. Okrutnie będziemy spragnieni. A teraz niech maszerują ze śpiewem. Daleka droga przed nami, wystarczy czasu do namysłu. Najważniejsze, że już ruszyliśmy. Przez chwilę Drzewiec maszerował śpiewając razem z innymi, potem głos zniżył do szeptu i wreszcie umilkł zupełnie. Pippin widział, że sędziwy ent czoła ma chmurne i zmarszczone. Kiedy wreszcie starzec podniósł wzrok, hobbit dostrzegł w jego oczach wyraz smutku. Smutku, ale nie desperacji. Światło bowiem migotało w nich tak, jakby zielone płomyki zapadły jeszcze głębiej w ciemną studnię myśli. - Oczywiście, bardzo być może, drodzy przyjaciele - rzekł wreszcie - bardzo być może, że idziemy ku własnej zgubie i że to ostatni marsz entów. Gdybyśmy jednak zostali w domu z założonymi rękoma, zguba i tak by nas tam znalazła prędzej czy później. Ta myśl od bardzo dawna dojrzewa w naszych sercach i dlatego właśnie ruszyliśmy dzisiaj. Nie ważyliśmy się na ten krok pochopnie. Jeśli to ma być ostatni marsz entów, niechże będzie przynajmniej wart pieśni. Tak, tak - westchnął - może chociaż innym plemionom na coś się przydamy, zanim przeminiemy. A swoją drogą chciałbym dożyć tego dnia, kiedy się spełni przepowiednia i entowie odnajdą żony. Radowałbym się, gdybym mógł znów zobaczyć swoją Fimbrethil. Ale cóż, pieśni, tak samo jak drzewa, dają owoce dopiero wtedy, gdy się ich czas wypełni, i na swój sposób, a bywa, że zwiędną przedwcześnie. Entowie maszerowali krokami olbrzymów. Przemierzyli już długi stok spadający na południe i zaczęli się teraz wspinać wciąż pod górę, pod górę, na wysoki zachodni grzbiet. Las został za nimi w dole, coraz rzadziej spotykali rozrzucone kępy brzóz, aż wreszcie wydostali się na stok nagi, gdzie nie rosło nic prócz mizernych sosenek. Słońce skryło się przed nimi za ciemny łańcuch gór. Zmierzch zapadł. Pippin obejrzał się za siebie. Entów przybyło... czy może stało się coś jeszcze dziwniejszego? Szare, nagie zbocza, przez które dopiero co szli, falowały gęstym lasem. Ten las poruszał się, sunął naprzód! Czyżby drzewa Fangornu obudziły się, czyżby cała puszcza ruszyła ku górom na wojnę? Pippin przetarł oczy myśląc, że łudzi go sen i zmierzch. Ale wciąż widział ogromne szare postacie wytrwale maszerujące pod górę. Szum się podniósł jak w lesie, gdy wiatr szeleści w gałęziach. Entowie zbliżali się do szczytu górskiego grzebienia i nikt już teraz nie śpiewał. Mrok zapadł, cisza ogarnęła świat. Nic nie było słychać prócz głuchego dudnienia ziemi pod stopami gromady entów i cichego szelestu, jak gdyby tysięcy spadających liści. Wreszcie stanęli na szczycie i spojrzeli w dół, w czarną przepaść: pod ich stopami u końca górskiego łańcucha ział głęboki kocioł, Nan Kurunir, Dolina Sarumana. - Noc leży nad Isengardem - rzekł Drzewiec.




© Grzesio, 2020.

Poprzedni