Dwie wieże - Rozdział 2

Jeźdźcy Rohanu

M rok gęstniał. W dole pośród drzew zalegała mgła snująca się po bladych brzegach Anduiny, lecz niebo było czyste. Wzeszły gwiazdy. Malejący już księżyc żeglował od zachodu, pod skałami kładły się czarne cienie. Wędrowcy dotarli do podnóży skalistych gór i posuwali się teraz wolniej, bo ślad już nie tak łatwo było wytropić. Góry Emyn Muil ciągnęły się z północy na południe podwójnym spiętrzonym wałem. Zachodnie stoki obu łańcuchów były strome i niedostępne, wschodnie za to opadały łagodniej, pocięte mnóstwem jarów i wąskich żlebów. Całą noc trzej przyjaciele przedzierali się przez ten kamienny kraj, wspinali się pierwszy, najwyższy grzbiet, a potem w ciemnościach schodzili ku ukrytej za nim głębokiej krętej dolinie. Tu zatrzymali się o zimnej godzinie przedświtu na krótki popas. Księżyc dawno już zaszedł, niebo iskrzyło się od gwiazd, pierwszy brzask nowego dnia jeszcze się nie pokazał zza czarnych wzgórz. Aragorn znów się wahał: ślady orków prowadziły w dolinę, lecz ginęły tutaj. - Jak myślisz, w którą stronę stąd skręcili? - spytał Legolas. - Ku północy, najkrótszą drogą do Isengardu lub Fangornu, jeśli tam zdążają? Czy też na południe, ku Rzece Entów? - Dokądkolwiek zdążają, na pewno nie poszli ku rzece - odparł Aragorn. - Myślę, że starają się przeciąć pola Rohirrimów możliwie najkrótszą drogą, chyba że w Rohanie dzieje się coś niedobrego, a potęga Sarumana bardzo wzrosła. Chodźmy na północ! Dolina wrzynała się kamiennym korytem między poszarpane wzgórza, a wśród głazów na jej dnie sączył się strumień. Z prawej strony piętrzyło się ponure urwisko, z lewej majaczyło łagodniejsze zbocze, szare już i zatarte w cieniu wieczoru. uszli co najmniej milę w kierunku północnym. Aragorn przygięty do ziemi badał grunt zapadlisk i parowów u podnóży zachodniego stoku. Legolas wyprzedzał towarzyszy o parę kroków. nagle elf krzyknął i wszyscy spiesznie podbiegli do niego. - Patrzcie! - rzekł. - Dogoniliśmy już kilku z tych, których ścigamy. - Wskazał u stóp wzgórza szarzejące kształty, które na pierwszy rzut oka wzięli za głazy, a które były skulonymi trupami orków. Pięciu z nich leżało tam martwych, rozsiekanych okrutnie; dwóch miało głowy odrąbane od tułowia. Ziemia wkoło nasiąkła ciemną krwią. - Oto nowa zagadka - rzekł Gimli. - Żeby ją rozjaśnić, trzeba by dziennego światła, a nie możemy tu czekać do świtu. - Jakkolwiek odczytamy ten znak, zwiastuje nam on pewną nadzieję - powiedział Legolas. - Wrogowie orków powinni okazać się naszymi przyjaciółmi. Czy te góry są zamieszkane? - Nie - odparł Aragorn. - Rohirrimowie rzadko tu się zapuszczają, a do Minas Tirith jest stąd daleko. Mogło się zdarzyć, że jacyś ludzie wybrali się w te strony z niewiadomych nam powodów. Ale nie przypuszczam, by tak było. - Cóż zatem sądzisz? - spytał Gimli. - Myślę, że nasi nieprzyjaciele przyprowadzili z sobą własnych nieprzyjaciół - odrzekł Aragorn. - Ci tutaj to orkowie z dalekiej północy. Nie ma wśród zabitych ani jednego olbrzymiego orka z niezwykłym godłem białej ręki i runiczną literą S. Zgaduję, że wybuchła jakaś kłótnia, rzecz między dzikusami dość pospolita. Może posprzeczali się o wybór drogi? - A może o jeńców? - powiedział Gimli. - Miejmy nadzieję, że nasi przyjaciele nie ponieśli również śmierci przy tej sposobności. Aragorn przeszukał teren w szerokim promieniu wokół tego miejsca, lecz nie znalazł żadnych więcej śladów walki. Drużyna ruszyła znów naprzód. Niebo już bladło na wschodzie, gwiazdy przygasły, a znad widnokręgu podnosił się szary brzask. Nieco dalej na pólnocy trafili na parów, w którym kręty, bystry potoczek żłobił kamienistą ścieżkę w głąb doliny. na jego brzegach zieleniły się kępy zarośli i spłachetki trawy. - Nareszcie! - rzekł Aragorn. - Tutaj mamy poszukiwany trop. Wiedzie w górę strumienia. Tędy szli orkowie po załatwieniu między sobą krwawych porachunków. Zawrócili więc i ruszyli nową ścieżką, skacząc z kamienia na kamień tak lekko, jakby zaczynali dzień po dobrze przespanej nocy. Kiedy w końcu dotarli na grań szarego wzgórza, nagły powiew rozburzył im włosy i załopotał połami płaszczy. Świt dmuchnął im chłodem w twarze. Obejrzeli się i zobaczyli za sobą na drugim brzegu rzeki odległe szczyty już rozjarzone pierwszym blaskiem. Wstawał dzień. Czerwony rąbek słońca ukazał się znad ciemnego grzbietu gór. Ale przed oczami wędrowców, na zachodzie, świat wciąż jeszcze leżał cichy, bezkształtny i szary; w miarę jednak jak patrzyli, cienie nocy rozwiewały się stopniowo, ziemia budziła się odzyskując barwy: zieleń rozlała się po szerokich łąkach Rohanu, białe opary roziskrzyły się nad wodami, a gdzieś daleko po lewej stronie, o trzydzieści albo i więcej staj, Białe Góry zabłysły błękitem i purpurą, wystrzelając w niebo ostrymi szczytami, na których olśniewająca biel wiecznych śniegów zabarwiła się teraz rumieńcem jutrzenki. - Gondor! Gondor! - zawołał Aragorn. - Obym cię ujrzał znowu w szczęśliwszej godzinie! Dziś jeszcze moja droga nie prowadzi na południe, ku twoim świetlistym strumieniom. Gondor między górami a morzem. Tu wiewem Dął kiedyś wiatr zachodni... Tu nad Srebrnym Drzewem W dawnych królów ogrodach deszcz światła trzepotał. Mury, wieże, korono, o, tronie ze złota! Czyż ludzie Drzewo Srebrne ujrzą, o, Gondorze, I wiatr między górami dąć będzie a morzem? - Chodźmy już! - rzekł, odrywając wreszcie oczy od południa i zwracając je na zachód i północ, gdzie wzywał go obowiązek. Grań, na której stali, opadała stromo spod ich nóg. O kilkadziesiąt stóp niżej szeroka, poszarpana półka skalna urywała się ostrą krawędzią nad przepaścistą, prostopadłą ścianą: to był Wschodni Mur Rohanu. Tu kończyły się wzgórza Emyn Muil, a dalej, jak okiem siegnąć, rozpościerały się już tylko zielone równiny Rohirrimów. - Patrzcie! - krzyknął Legolas wskazując blade niebo ponad ich głowami. - Znowu orzeł. Wzbił się bardzo wysoko. Wygląda mi na to, że odlatuje z powrotem na północ. Mknie jak strzała. Patrzcie! - Nie, nawet moje oczy go nie dostrzegą, Legolasie - odrzekł Aragorn. - Musi lecieć rzeczywiście na wielkiej wysokości. Ciekawe, z jakim poselstwem tak spieszy, jeśli to ten sam ptak, którego przedtem zauważyłem. Ale spójrzcie! Tu bliżej widzę coś bardziej niepokojącego. Jakiś ruch na równinie. - Masz słuszność - odparł Legolas. - Potężny oddział w marszu. Nic więcej jednak nie mogę o nim powiedzieć ani rozróżnić, co to za plemię. Dzieli nas od nich wiele staj, na oko wydaje się, że co najmniej dwanaście. W tym płaskim krajobrazie trudno ocenić odległość. - Myślę, że bądź co bądź nie potrzebujemy już teraz wypatrywać śladów, żeby wiedzieć, dokąd się skierować - rzekł Gimli. - Szukajmy tylko ścieżki w dół na równinę, i to jak najkrótszej. - Wątpię, czy znajdziesz ścieżkę krótszą od tej, którą wybrali orkowie - powiedział Aragorn. Teraz już ścigali nieprzyjaciół w pełnym świetle dziennym. Wszystko wskazywało, że orkowie posuwali się w wielkim pośpiechu, bo drużyna znajdowała co chwila jakieś pogubione lub odrzucone przedmioty: worki po prowiancie, kromki twardego, ciemnego chleba, łachman czarnego płaszcza, ciężki podkuty but, zdarty na kamieniach. Trop wiódł na północ skrajem urwiska, aż w końcu zatrzymywał się nad głęboką rysą, wyżłobioną w ścianie skalnej przez potok, spływający z głośnym pluskiem w dół. Brzegiem rysy wąska, stroma jak drabina ścieżka prowadziła aż na równinę. U stóp tej drabiny znaleźli się nagle na łąkach Rohanu. Jak zielone morze falowały one u samych podnóży Emyn Muil. Potok górski ginął w bujnych kępach rzeżuchy i wszelkiego ziela, tylko cichy plusk zdradzał jego drogę w szmaragdowym tunelu; po łagodnej pochyłości spływał ku moczarom doliny Rzeki Entów. Wędrowcy mieli wrażenie, że zima została za nimi, lgnąc do wzgórz. Tu bowiem miękkie powietrze tchnęło ciepłem i delikatnym zapachem i zdawało się, że wiosna jest już blisko, a soki w trawach i liściach zaczynają wzbierać. Legolas odetchnął głęboko, jakby po długiej wędrówce przez jałową pustynię pił chciwie ożywczą wodę. - Ach, zapach zieleni! - rzekł. - Lepsze to niż długi sen. Biegnijmy teraz! - Lekkie stopy mogą tutaj biec chyżo - powiedział Aragorn. - Szybciej pewnie niż obciążone żelazem nogi orków. teraz może uda się nam dopędzić nieprzyjaciół. Pobiegli gęsiego, mknąc jak gończe psy za świeżym tropem; oczy im rozbłysły nowym zapałem. Szpetny ślad wydeptany przez orków wskazywał niemal wprost na zachód; gdziekolwiek przeszła banda, słodka trawa Rohanu była stratowana i sczerniała. Nagle Aragorn krzyknął i zatrzymał się w miejscu. - Stójcie! - zawołał. - na razie nie idźcie za mną. Szybko skręcił w prawo od głównego szlaku. Dostrzegł bowiem odgałęziający się trop: odciski drobnych, nie obutych stóp. Niestety o kilka zaledwie kroków dalej trop gubił się wśród innych, znacznie większych, które również odbiegały od szlaku, potem zaś znowu ku niemu powracały i ginęły w stratowanej zieleni. Tam, gdzie ów nowy trop się kończył, Aragorn schylił się i podniósł coś z trawy. Potem wrócił do przyjaciół. - Tak jest - rzekł. - To niewątpliwie ślady stóp hobbita. Zapewne Pippina, mniejszego od Meriadoka. Spójrzcie! Na wyciągniętej dłoni pokazał im znaleziony przedmiot, który błyszczał w słońcu. Podobny był do ledwie rozwiniętego brzozowego liścia, a wydał się piękny i niespodziewany na tej bezdrzewnej równinie. - Klamra od płaszcza elfów! - wykrzyknęli Legolas i Gimli jednocześnie. - Liście z drzew Lorien nie opadają na próżno - rzekł Aragorn. - Ten nie został zgubiony przypadkiem. Pippin upuścił go umyślnie, żeby zostawić znak dla tych, którzy będą szukali porwanych hobbitów. Myślę, że po to właśnie Pippin odłączył się na chwilę od gromady. - A więc o nim przynajmniej wiemy, że wzięto go żywcem - stwierdził Gimli. - I że nie stracił przytomności umysłu ani władzy w nogach. Bądź co bądź jest to pewna pociecha. Nie ścigamy bandy daremnie. - Miejmy nadzieję, że nie przypłacił zbyt drogo swej odwagi - rzekł Legolas. - Dalej! Naprzód! Serce mi się ściska na myśl o tych młodych, wesołych hobbitach, pędzonych jak cielęta za stadem. Słońce podniosło się do zenitu, a potem z wolna osunęło się po niebie. Znad odległego morza, od południa, nadciągnęły lekkie obłoki i odpłynęły z łagodnym podmuchem wiatru. Słońce zaszło. Za plecami wędrowców wyrosły cienie i coraz dłuższymi ramionami sięgały na wschód. Oni jednak wytrwale szli naprzód. Od śmierci Boromira minęła doba, lecz orkowie wciąż byli daleko przed nimi. Nie mogli ich nawet wzrokiem dosięgnąć na rozległej, płaskiej równinie. Kiedy zapadły ciemności, Aragorn wstrzymał pochód. W ciągu całego dnia ledwie dwa razy popasali, i to na krótko; od wschodniej ściany gór, na której stali o świcie, dzieliło ich teraz dwanaście staj. - Pora dokonać trudnego wyboru - rzekł Aragorn. - Czy odpocząć przez noc, czy też iść dalej, póki nam sił starczy? - Jeżeli my będziemy całą noc odpoczywać, a nieprzyjaciel nie przerwie marszu, wyprzedzi nas znacznie - powiedział Legolas. - Chyba nawet orkowie nie mogą maszerować bez wytchnienia - powiedział Gimli. - Orkowie rzadko puszczają się w biały dzień przez otwarte przestrzenie, a jednak tym razem ważyli się na to - odparł Legolas. - Tym bardziej nie spoczną w nocy. - Ale nocą nie możemy pilnować śladu - rzekł Gimli. - Jak sięgnę wzrokiem, ślad wiedzie prosto, nie skręca ani w lewo, ani w prawo - stwierdził Legolas. - Przypuszczam, że zdołałbym was poprowadzić po ciemku nie zbaczając z właściwego kierunku - rzekł Aragorn. - Jeślibyśmy wszakże zbłądzili lub gdyby tamci zboczyli ze szlaku, stracilibyśmy jutro dużo czasu, nimby się udało odnaleźć znowu trop. - W dodatku - powiedział Gimli - tylko za dnia możemy dostrzec, czy jakieś pojedyncze ślady nie odłączają się od gromady. gdyby któryś z jeńców zbiegł z niewoli albo gdyby któregoś uprowadzono w bok, na wschód na przykład, w stronę Wielkiej rzeki, w stronę Mordoru, moglibyśmy minąć ten ślad nie domyślając się niczego. - To prawda - przyznał Aragorn. - Lecz jeśli dobrze odczytałem poprzednie ślady, orkowie spod godła Białej Ręki wzięli nad innymi górę i cała banda zmierza teraz do Isengardu. Dotychczas wszystko potwierdza moje przypuszczenie. - A jednak byłoby nieroztropnie polegać na tym - rzekł Gimli. - Pamiętajmy też o możliwości ucieczki jeńców. Czy zauważylibyśmy tamten trop, który nas doprowadził do klamry w trawie, gdybyśmy przechodzili po ciemku? - Orkowie z pewnością odtąd zdwoili czujność, a jeńcy są już bardzo zmęczeni - powiedział Legolas. - Nie będą próbowali ucieczki, chyba z naszą pomocą. Jak im pomożemy, nie sposób przewidzieć, w każdym razie trzeba przede wszystkim doścignąć bandę. - A jednak nawet ja, krasnolud, zaprawiony w wędrówkach i nie najsłabszy w swoim rodzie, nie zdołam przebiec całej drogi do Isengardu bez wypoczynku - rzekł Gimli. - Mnie też serce boli na myśl o losie pojmanych przyjaciół i gdyby to ode mnie tylko zależało, ruszyłbym wcześniej w pogoń; lecz teraz muszę wytchnąć, aby jutro biec tym szybciej. A jeśli mamy odpoczywać, ciemna noc jest po temu najsposobniejszą porą. - Powiedziałem na początku, że wybór jest trudny - rzekł Aragorn. - Na czym więc zakończymy tę naradę? - Ty nam przewodzisz - odparł Gimli - i jesteś najbardziej doświadczonym łowcą. Sam więc rozstrzygnij. - Serce pcha mnie naprzód - powiedział Legolas. - Musimy jednak trzymać się w gromadzie. Zastosuję się do decyzji Aragorna. - Szukacie rady u złego doradcy - rzekł Aragorn. - Od chwili gdy przepłynęliśmy między słupami Argonath, każdy wybór, którego dokonałem, okazywał się błędny. Umilkł i długo patrzał na północ i na zachód, w gęstniejące ciemności. - Nie będziemy szli nocą - powiedział wreszcie. - Z dwóch niebezpieczeństw groźniejsze wydaje się prześlepienie jakiegoś ważnego tropu czy znaku. Gdyby księżyc lepiej świecił, moglibyśmy skorzystać z jego blasku. Niestety, wschodzi teraz późno, jest w nowiu i blady. - Dziś na dobitkę zasłonią go chmury - szepnął Gimli. - Szkoda, że pani z Lorien nie dała nam w podarunku światła, jak Frodowi. - Temu, kto go otrzymał, dar ten bardziej się przyda - rzekł Aragorn. - W jego ręku los wyprawy. Nam przypadł tylko maleńki udział w wielkim dziele naszej epoki. Kto wie, czy od początku cały zamiar nie jest skazany na niepowodzenie, a mój wybór, dobry czy zły, niewiele może tu pomóc lub zaszkodzić. W każdym razie - postanowiłem. Teraz więc skorzystajmy z wypoczynku jak się da najlepiej. Rzucił się na ziemię i usnął natychmiast, bo od nocy spędzonej w cieniu Tol Brandir nie zmrużył oka. Przed świtem jednak ocknął się i wstał. Gimli leżał jeszcze pogrążony w głębokim śnie, ale Legolas czuwał wyprostowany i wpatrzony w ciemność, zamyślony i cichy jak młode drzewo w bezwietrzną noc. - Są już bardzo daleko - powiedział ze smutkiem zwracając się do Aragorna. - Dobrze przeczuwałem, że nie spoczną na noc. Teraz tylko orzeł zdołałby ich dogonić. - Mimo to będziemy ich ścigali w miarę naszych sił - odparł Aragorn. Schylił się i dotknął ramienia krasnoluda. - Wstawaj, Gimli. Ruszamy dalej - rzekł. - Ślad stygnie. - Ciemno jeszcze - powiedział Gimli. - Nawet Legolas i nawet ze szczytu wzgórza nie dostrzegłby ich, póki słońce nie wzejdzie. - Obawiam się, że za daleko odeszli, abym ich mógł dostrzec ze wzgórza czy z równiny, przy księżycu czy w słońcu - odparł Legolas. - Kiedy oczy zawodzą, ziemia może coś powie uszom - rzekł Aragorn - bo z pewnością jęczy pod ich nienawistnymi stopami. Wyciągnął się na trawie, przytknął ucho do ziemi. Leżał bez ruchu tak długo, że Gimli już zaczął podejrzewać, iż Aragorn omdlał albo usnął znowu. Niebo na wschodzie pojaśniało, siwy brzask z wolna rozpraszał mrok. Kiedy wreszcie Aragorn wstał, przyjaciele zobaczyli jego twarz pobladłą i zapadniętą, w oczach wyczytali troskę. - Ziemia drży od niewyraźnych, niezrozumiałych odgłosów - rzekł. - Na wiele mil wkoło nie ma żadnego oddziału w marszu. Tupot nóg naszych nieprzyjaciół ledwie słychać z wielkiej dali. Natomiast głośno tętnią kopyta końskie. Wydaje mi się, że słyszałem je wcześniej już, gdy spałem tej nocy na ziemi, i że tętent koni galopujących na zachód mącił moje sny. teraz jednak oddalają się od nas, pędzą na północ. Chciałbym wiedzieć, co też się dzieje w tamtych krajach. - Ruszajmy! - rzekł Legolas. Tak zaczął się trzeci dzień pościgu. Od rana do zmroku, to pod chmurami, to pod żarem słońca, to wyciągniętym krokiem, to biegiem parli naprzód, jakby gorączka trawiąca ich serca silniejsza była od zmęczenia. Mało ze sobą rozmawiali. Sunęli przez rozległe pustkowia, a płaszcze elfów wtapiały się w tło szarozielonych pól tak, że nikt prócz bystrookiego elfa nie dostrzegłby ich z oddali nawet w pełnym blasku południa. Często też w głębi serca dziękowali pani z Lorien za lembasy, bo żywiąc się nimi w biegu, odzyskiwali nowe, niespożyte siły. Przez cały dzień trop wskazywał prosto na północo-zachód, nie zbaczając ani nie skręcając nigdzie. Wreszcie, kiedy południe chyliło się już ku wieczorowi, wędrowcy znaleźli się na długim, bezdrzewnym zboczu; teren przed nimi wznosił się faliście i łagodnie ku majaczącym na widnokręgu kopulastym pagórkom. Ślad orków prowadził też ku nim, skręcając nieco bardziej na północ i znacząc się mniej niż dotychczas wyraźnie, bo grunt był tutaj twardszy a trawa mniej bujna. daleko po lewej ręce błyszczała pośród zieleni kręta, srebrna nitka Rzeki Entów. Nigdzie nie było widać żywej duszy. Aragorn dziwił się, że nie spotykają śladów zwierząt ani ludzi. Siedziby Rohirrimów skupiały się co prawda o wiele mil dalej na południe, pod leśnym stropem Białych Gór, ukrytych teraz we mgle i chmurach, lecz hodowcy koni trzymali dawniej ogromne stada we Wschodnim Emnecie, kresowej prowincji swojego królestwa, i pasterze koczowali w tych stronach nawet zimą, mieszkając w szałasach lub namiotach. Teraz jednak cała ta kraina opustoszała, a cisza, jaka nad nią panowała, nie zdawała się wcale błoga ani spokojna. O zmroku przyjaciele zatrzymali się znowu. Przeszli równiną Rohanu dwakroć po dwanaście staj i ściana Emyn Muil zniknęła im z oczu w cieniach wschodu. Wąski sierp księżyca wypłynął na przymglone niebo, lecz świecił blado, a gwiazdy kryły się wśród chmur. - Teraz bardziej jeszcze żałuję każdej godziny, którą straciliśmy na odpoczynek i popasy w tym marszu - rzekł Legolas. - Orkowie gnają, jakby ich Sauron osobiście biczem popędzał. Boje się, że zdążyli dotrzeć do lasu i stoków górskich; może w tej chwili właśnie wchodzą w cień drzew. Gimli zgrzytnął zębami. - Oto gorzki koniec naszych nadziei i trudów - powiedział. - Koniec nadziei - może, ale trudów z pewnością nie - rzekł Aragorn. - Nie zawrócimy z drogi. Chociaż bardzo jestem znużony. - Obejrzał się na szmat ziemi, który przemierzyli, popatrzał w mrok gęstniejący na wschodzie. - Coś dziwnego dzieje się w tym kraju. nie ufam tej ciszy. Nie ufam nawet blademu księżycowi. Gwiazdy świecą mdłym blaskiem, a mnie ogarnęło takie znużenie, jakiego nie powinien znać Strażnik na wytyczonym tropie. Jakaś potężna wola dodaje w biegu sił naszym wrogom, a nam rzuca pod stopy niewidzialne zapory, obezwładnia zmęczeniem serca bardziej niż nogi. - Prawdę mówisz - rzekł Legolas. - Czułem to od chwili, gdy zeszliśmy z grani Emyn Muil. Ta potężna wola jest bowiem przed nami, nie za nami. I gestem wskazał krainę Rohanu ledwie rozświetloną nikłą księżycową poświatą i tonącą w mroku na zachodzie. - Saruman! - mruknął Aragorn. - Nawet on nie zdoła nas zawrócić z drogi. na razie jednak musimy się zatrzymać. Spójrzcie, już i księżyc znika za chmurami. Lecz jutro skoro świt ruszymy na północ, szlakiem między bagniskiem a wzgórzami. Nazajutrz tak samo jak w poprzednich dniach Legolas pierwszy zerwał się ze snu - jeżeli w ogóle spał tej nocy. - Wstawać! Wstawać! - wołał. - Wschód już się rumieni. Dziwy czekają nas w cieniu lasu. Dobre czy złe, nie wiem, ale wzywają w drogę. Wstawać! Tamci obaj zerwali się na równe nogi i nie tracąc ani chwili trzej przyjaciele znów pomaszerowali przed siebie. Każdy krok przybliżał ich stopniowo ku wzgórzom i na godzinę przed południem stanęli pod zielonymi stokami, które piętrzyły się wyżej w łyse kopuły wyciągnięte równym łańcuchem prosto na północ. U ich stóp grunt był suchy, porośnięty niską trawą, lecz między pasmem wzgórz a rzeką, przedzierającą się przez gąszcz trzcin i sitowia, ciągnęło się szerokie na dziesięć mil zapadlisko. Pod najdalej na południe wysuniętym wzgórzem, u jego zachodnich podnóży spostrzegli w trawie szeroki krąg jakby wydeptany przez tysiąc ciężkich nóg. Stąd ślad orków prowadził dalej ku północy skrawkami suchego terenu pod wzgórzami. Aragorn zatrzymał się i zbadał uważnie tropy. - Popasali tu czas krótki - rzekł - i nawet ślad wymarszu po odpoczynku jest już dość dawny. Niestety, przeczucie nie zawiodło cię, Legolasie, upłynęło trzykroć dwanaście godzin od chwili, gdy orkowie przebywali na tym miejscu, do którego my doszliśmy dopiero teraz. Jeżeli potem nie zwolnili marszu, wczoraj o zachodzie słońca osiągnęli skraj Fangornu. - Patrząc na zachód i na północ nie widzę nic prócz trawy tonącej w dali we mgle - rzekł Gimli. - Czy ze szczytu wzgórza dostrzeglibyśmy las? - Do lasu jeszcze stąd daleko - powiedział Aragorn. - Jeżeli pamięć mnie nie myli, pasmo wzgórz sięga co najmniej na osiem staj, a za nimi, na północo-zachód od ujścia Rzeki Entów, trzeba przebyć znów jakieś piętnaście staj równiny. - A więc w drogę! - rzekł Gimli. - Moje nogi muszą odzwyczaić się od liczenia staj. Byłoby to dla nich łatwiejsze, gdyby serce tak bardzo nie ciążyło. Słońce już się chyliło, gdy wreszcie wędrowcy dotarli do ostatniego wzgórza w całym łańcuchu. Przez wiele godzin maszerowali bez odpoczynku. teraz posuwali się już bardzo wolno, a Gimli aż zgarbił się ze zmęczenia. Krasnoludy mają żelazną wytrzymałość w pracy i wędrówkach, lecz ten nie kończący się pościg utrudził Gimlego tym bardziej, że nadzieja przygasła w jego sercu. Aragorn szedł za nim w posępnym milczeniu, od czasu do czasu schylając się, żeby zbadać jakiś znak albo trop na ziemi. Tylko Legolas biegł lekko jak zawsze, ledwie muskając stopami trawę i nie odciskając na niej śladów; chleb elfów wystarczał mu za cały posiłek, a spać umiał z otwartymi oczyma, w marszu, w pełnym świetle dnia; umysł elfa odpoczywa błądząc po dziwnych ścieżkach marzeń, chociaż ludzie nie nazwaliby tego spaniem. - Wejdźmy na ten zielony pagórek - rzekł. Wbiegł pierwszy, a dwaj przyjaciele podążyli za nim wspinając się mozolnie długim zboczem aż na szczyt, zaokrąglony na kształt kopuły, gładki i nagi, nieco odosobniony od innych i stanowiący ostatnie od północy ogniwo łańcucha. Słońce tymczasem zaszło, mrok wieczorny otulił świat jak zasłona. Trzej wędrowcy stali samotnie nad bezbrzeżną, bezkształtną równiną, wśród jednostajnej szarzyzny krajobrazu. Tylko daleko na północo-zachodzie od tła dogasającego nieba odcinała się głębszą czernią linia Gór Mglistych i ciemnego lasu u ich stóp. - Nic stąd nie wypatrzymy, co mogłoby nam wskazać dalszą drogę - powiedział Gimli. - W każdym razie trzeba teraz zatrzymać się na noc. Robi się bardzo zimno. - Wiatr dmie od śnieżnej północy - rzekł Aragorn. - Rano odwróci się i dmuchnie od wschodu - rzekł Legolas. - Odpocznijmy, skoro czujecie się zmęczeni. Ale nie traćmy nadziei. Nie wiadomo, co nas jutro czeka. Bywa, że wraz ze wschodem słońca zjawia się dobra rada. - Trzykroć już w tej pogoni oglądaliśmy wschód słońca, a żaden nie przyniósł nam rady - rzekł Gimli. Noc była bardzo zimna. Aragorn i Gimli spali niespokojnie, a ilekroć któryś z nich budził się, stwierdzał, że Legolas czuwa u wezgłowia przyjaciół albo przechadza się koło nich nucąc z cicha w swoim ojczystym języku jakąś pieśń, a gdy elf tak śpiewa, na twardym, czarnym stropie niebios rozbłyskują białe gwiazdy. W ten sposób przeszła noc. Wszyscy trzej już rozbudzeni patrzyli, jak brzask powoli rozlewa się po niebie, czystym teraz i bezchmurnym, aż wreszcie pokazało się słońce. Wstało blade i jasne. Wiatr dmący od wschodu zmiótł kłęby mgieł. Rozległa kraina leżała przed nimi naga i pusta w surowym świetle ranka. Na wprost i ku wschodowi ciągnęła się owiana wiatrem wyżyna, płaskowyż Rohanu, który przed kilku dniami dostrzegali z daleka płynąc z nurtem Wielkiej Rzeki. Na północo-zachodzie czerniał las Fangorn; jeszcze dziesięć staj dzieliło ich od cienistego skraju tej puszczy, a góry w jej głębi ginęły w błękitnej dali. Za Fangornem majaczył na widnokręgu jakby zawieszony w siwej chmurze biały czub smukłego Methedrasu, ostatniego szczytu w łańcuchu Gór Mglistych. Z lasu spływała ku wędrowcom Rzeka Entów, bystrym, wąskim strumieniem tocząc się między stromymi brzegami. Trop orków skręcał spod wzgórz ku rzece. Śledząc wzrokiem trop biegnący nad rzeką, a potem wzdłuż jej brzegów ku puszczy, Aragorn dostrzegł na dalekiej zielonej łące jakiś ciemny, szybko poruszający się mały punkcik. Rzucił się na ziemię i zaczął pilnie wsłuchiwać się w jej głos. Legolas jednak, który stał obok wyprostowany, osłaniając smukłą dłonią swoje jasne oczy elfa, widział nie punkcik, lecz chmarę jeźdźców, drobne z oddali postacie ludzkie na koniach, i w ostrzach włóczni brzask poranka jak migotanie maleńkich gwiazd niedosięgłych dla wzroku zwykłych śmiertelników. Gdzieś daleko za pędzącym oddziałem czarny dym wzbijał się wąskim, krętym słupem ku niebu. Cisza panowała nad pustką stepu taka, że Gimli słyszał szelest każdej trawki. - Jeźdźcy! - krzyknął Aragorn zrywając się z ziemi. - Wielu jeźdźców na ścigłych koniach zbliża się do nas. - Tak - rzekł Legolas. - Jest ich stu pięciu. Włosy mają jasne, a włócznie lśniące. Przewodzi im mąż wysokiego wzrostu. Aragorn uśmiechnął się. - Bystre są oczy elfa - powiedział. - Niewielka sztuka - odparł Legolas. - Ci jeźdźcy są przecież nie dalej niż o pięć staj. - O pięć staj czy o jedną - odezwał się Gimli - w każdym razie nie unikniemy spotkania na tym pustkowiu. Poczekamy na nich czy też pójdziemy w swoją drogę? - Poczekamy - rzekł Aragorn. - Jestem znużony, ścigamy nieprzyjaciół wciąż daremnie. A może ktoś inny wcześniej ich dogonił? Bo przecież oddział konny wraca tropem orków. Może jeźdźcy będą mieli dla nas jakieś ważne nowiny? - Albo ostre włócznie - rzekł Gimli. - Trzy konie niosą puste siodła - powiedział Legolas - ale hobbitów między ludźmi nie ma. - Nie twierdzę, że będą to pomyślne nowiny - odparł Aragorn - ale na dobre czy złe trzeba tutaj poczekać. Trzej przyjaciele opuścili szczyt wzgórza, gdzie na tle jasnego nieba stanowili zbyt dobrze widoczny z daleka cel, i z wolna zeszli północnym zboczem niżej. Zatrzymali się jednak nie schodząc aż do podnóży pagórka i przycupnęli na stoku w przywiędłej trawie, owinięci w szare płaszcze. Czas płynął leniwie. Wiatr był ostry i przejmujący. Gimli kręcił się niespokojnie. - Co ci wiadomo o tych jeźdźcach, Aragornie? - spytał. - Może czekamy tu na niechybną śmierć? - Przebywałem wśród nich - odparł Aragorn. - Są dumni i uparci, lecz serca mają szczere, a myślą i działają szlachetnie; są zuchwali, lecz nie okrutni, mądrzy, chociaż nieuczeni, nie piszą ksiąg, lecz śpiewają wiele pieśni, wzorek ludzkiego plemienia sprzed lat Ciemności. Nie wiem jednak, co tutaj działo się w ostatnich czasach i co teraz postanowili Rohirrimowie, osaczeni z jednej strony zdradą Sarumana a z drugiej groźbą Saurona. Z dawna żyli w przyjaźni z ludźmi z Gondoru, jakkolwiek nie są tej samej co tamci krwi. W zamierzchłych czasach Eorl Młody ściągnął ich tutaj z północy, są spokrewnieni najbliżej z plemionami Barda z dali i Beorna z Leśnej Krainy, wśród których często spotyka się po dziś dzień jasnowłosych, rosłych ludzi podobnych do jeźdźców Rohanu. W każdym razie nie kochają orków. - Ale Gandalf wspominał, że krążą pogłoski, jakoby płacili haracz Mordorowi - rzekł Gimli. - Boromir w to nie uwierzył, ja także - odparł Aragorn. - Wkrótce dowiemy się prawdy - rzekł Legolas. - Już są blisko. Wreszcie Gimli też usłyszał głuchy tętent galopujących kopyt. Jeźdźcy wciąż trzymając się tropu orków skręcili od rzeki ku pagórkom. Pędzili jak wiatr. Donośne, raźne okrzyki rozbrzmiały nad polami. Nagle jeźdźcy wypuścili konie, aż ziemia zadudniła pod kopytami; rycerz jadący na czele, zatoczył koniem, okrążając podnóże góry, i poprowadził oddział zachodnim jej skrajem w stronę płaskowzgórza. Trop w trop za wodzem ciągnęła długa kolumna rycerzy zbrojnych, zwinnych, błyszczących stalą; widok był groźny i piękny zarazem. Konie mieli rosłe, silne i kształtne, o lśniącej sierści; długie ogony rozwiewały się na wietrze, splecione grzywy zdobiły dumne karki. jeźdźcy zdawali się godni szlachetnych wierzchowców, jak one dorodni i smukli; spod lekkich hełmów jasne niby len włosy spływały im na plecy, twarze mieli surowe, spojrzenie bystre. W rękach dzierżyli długie jesionowe włócznie, malowane tarcze zawiesili na plecach, a miecze u boku; polerowane kolczugi sięgały im po kolana. Przemknęli galopem, dwójkami, a chociaż co chwila któryś prostował się w strzemionach i rozglądał na wszystkie strony, żaden, jak się zdawało, nie dostrzegł trzech obcych wędrowców, przycupniętych na stoku i przypatrujących się w milczeniu kawalkadzie. Oddział już mijał wzgórze, gdy nagle Aragorn wstał i gromkim głosem zawołał: - Co słychać w krajach północy, jeźdźcy Rohanu? Błyskawicznie, nad podziw sprawnie osadzili konie, zawrócili, rozwinęli szereg i cwałem natarli prosto na wzgórze. W mig trzej wędrowcy znaleźli się pośrodku ruchomego kręgu wojowników, którzy zachodząc od stoku, od podnóża, z boków, ze wszystkich stron, coraz bardziej zacieśniali pierścień. Aragorn stał w milczeniu, dwaj jego towarzysze zastygli bez ruchu, czekając w napięciu, jaki też obrót weźmie to spotkanie. Bez słowa, bez okrzyku jeźdźcy zatrzymali się nagle. Gąszcz włóczni jeżył się ostrzami wymierzonymi przeciw obcym podróżnym. Kilku jeźdźców chwyciło łuki i już naciągało je do strzału. Dowódca, górujący wzrostem nad innymi, wysunął się z szeregu; na hełmie zamiast pióropusza zatknięty miał biały ogon koński. Zbliżył się tak, że ledwie parę cali dzieliło ostrze jego włóczni od piersi Aragorna. Lecz Aragorn nie drgnął nawet. - Coście za jedni i czego szukacie w tym kraju? - zapytał jeździec. Mówił Wspólną Mową zachodu, stylem i tonem przypominającym mowę Boromira, rycerza Gondoru. - Nazywają mnie Obieżyświatem - odparł Aragorn. - przybywam z północy. Poluję na orków. Jeździec zeskoczył z siodła na ziemię. Oddał włócznię jednemu ze swoich podwładnych, który przysunąwszy się do wodza również zsiadł z konia; dobył miecza i stanął twarzą w twarz przed Aragornem przyglądając mu się uważnie i nie bez podziwu. Wreszcie odezwał się znowu: - W pierwszej chwili myślałem, że sam jesteś orkiem - rzekł. - Teraz widzę, że się omyliłem. nie znasz orków, jeżeli polujesz na nich w ten sposób. banda była liczna, chyża i po zęby uzbrojona. gdybyś ich dogonił, oni to byliby myśliwcami, a ty łatwą dla nich zwierzyną. Ale w tobie tkwi coś dziwnego, Obieżyświacie. - Rycerz zmierzył bystrym spojrzeniem postać Aragorna. - Imię, które podałeś, nie przystało takiemu jak ty człowiekowi. Strój także masz dziwny. Czy wyskoczyłeś spod trawy? Jak to się stało, żeśmy cię wcześniej nie dostrzegli? Może jesteście z rodu elfów? - Nie - odparł Aragorn. - jeden z nas tylko jest elfem, Legolas z Leśnego Królestwa, z odległej Mrocznej Puszczy. Ale po drodze zabawiliśmy w Lothlorien i od pani tej krainy otrzymaliśmy dary, widomy znak jej łask. Rycerz przyjrzał się trójce przyjaciół z nowym podziwem, lecz w jego jasnych oczach pojawił się twardy błysk. - A więc w Złotym Lesie naprawdę żyje pani, o której bają stare legendy! - rzekł. - Jak słyszałem, mało kto wymyka się z jej sideł. Dziwne czasy! Jeżeli u niej jesteście w łaskach, zapewne także snujecie sieci i rzucacie czary. - Nagle zwrócił zimne spojrzenie na Legolasa i Gimlego. - Czemuż to nie odzywacie się, milczkowie? - spytał. Gimli wstał, mocno zaparł się na rozstawionych nogach; rękę zacisnął na trzonku topora, czarne oczy zaiskrzyły mu się gniewnie. - Powiedz mi swoje imię, mistrzu koni, a wówczas usłyszysz moje i wiele innych rzeczy na dokładkę - powiedział. - Zwyczaj każe, by cudzoziemiec przedstawił się pierwszy - odparł rycerz, z góry spoglądając na krasnoluda. - Mimo to, wiedz, że jestem Eomer, syn Eomunda, a noszę tytuł Trzeciego Marszałka Riddermarchii. - A więc, Eomerze, synu Eomunda, Trzeci Marszałku Riddermarchii, przyjmij od krasnoluda Gimlego, syna Gloina, przestrogę i nie rzucaj na wiatr niewczesnych słów. Oczerniasz bowiem tę, której piękności nawet wyobrazić sobie nie umiesz. Tylko przez wzgląd na słabość umysłu można cię usprawiedliwić. Eomerowi oczy rozbłysły, a jeźdźcy Rohanu z groźnym pomrukiem zacieśnili krąg wokół cudzoziemców i nastawili włócznie. - Obciąłbym ci głowę razem z brodą, mości krasnoludzie, gdyby nieco wyżej sterczała nad ziemią - rzekł Eomer. - Gimli nie jest tu sam! - zawołał Legolas; ruchem szybszym niż tchnienie napiął łuk i założył strzałę. - Zginiesz, zanim twój miecz opadnie. Eomer podniósł miecz i sprzeczka skończyłaby się krwawo, gdyby Aragorn z ręką wzniesioną nie skoczył między przeciwników. - Wybacz, Eomerze! - krzyknął. - Zrozumiesz gniew moich przyjaciół, gdy ci opowiem naszą historię. Nie żywimy złych zamiarów, nie chcemy skrzywdzić Rohanu i jego mieszkańców ludzi ani koni. Czy zgodzisz się wysłuchać mnie, zanim użyjesz oręża? - Zgadzam się - odparł Eomer i spuścił miecz. - Lecz podróżni zapuszczając się w tych niepewnych czasach na pola Riddermarchii powinni by mniej dufnie sobie poczynać. Przede wszystkim wyznaj mi swoje prawdziwe imię. - Przede wszystkim powiedz mi, komu służysz - rzekł Aragorn. - Czyś przyjacielem, czy wrogiem Saurona, posępnego władcy Mordoru? - Jednemu tylko panu służę: królowi Marchii, Theodenowi, synowi Thengla - odparł Eomer. - Nie służymy potędze dalekiego Czarnego Kraju, lecz nie prowadzimy też z nią otwartej wojny. Jeśli więc przed nią uciekacie, opuśćcie lepiej nasz kraj. Na całym pograniczu szerzy się niepokój i jesteśmy zagrożeni; pragniemy jednak tylko zachować wolność i żyć tak, jak żyliśmy, poprzestając na swoim, nie służąc obcym panom, ani dobrym, ani złym. W lepszych czasach chętnie i przyjaźnie witaliśmy cudzoziemców, lecz w tych niespokojnych dniach obcy, nieproszeni goście muszą się u nas spotykać z podejrzliwym i surowym przyjęciem. Mówcie! Coście za jedni? Komu służycie? Na czyj rozkaz ścigacie orków po naszym stepie? - Nie służę żadnemu władcy - odparł Aragorn - ale służalców Saurona ścigam wszędzie, dokądkolwiek ich trop mnie zaprowadzi. Orków znam tak, jak mało kto wśród śmiertelnych, a jeśli na nich poluję w ten sposób, to dlatego, że nie mam wyboru. Banda, którą ścigamy, porwała dwóch naszych przyjaciół. W takiej potrzebie człowiek nie zważa, że nie ma konia, lecz idzie piechotą, i nie pyta o pozwolenie, lecz spieszy tam, gdzie ślad wskazuje drogę. Nie liczy też głów nieprzyjaciół, chyba ostrzem miecza. Nie jestem bezbronny. Odrzucił płaszcz z ramion. Wykuta przez elfy pochwa zalśniła jasno, a kiedy Aragorn dobył z niej miecza, klinga Andurila rozbłysła nagle jak biały płomień. - Elendil! - zawołał. - Nazywam się Aragorn, syn Arathorna, a zwą mnie też Elessarem, kamieniem elfów, Dunadanem, spadkobiercą Isildura, który był synem Elendila, władcy Gondoru. Oto jest miecz, niegdyś złamany i na nowo dziś przekuty. Czy chcesz mi pomóc, czy też zagrodzić drogę? Wybieraj! Gimli i Legolas ze zdumieniem patrzyli na swego przewodnika, bo takim, jak w tej chwili, jeszcze go nie widzieli. Zdawało się, że Aragorn urósł nagle, podczas gdy Eomer zmalał; przez wyrazistą twarz przemknął odblask siły i majestatu kamiennych królów. Przez okamgnienie Legolasowi zdawało się, że biały płomyk otoczył skronie Aragorna świetlistą koroną. Eomer cofnął się o krok, a twarz jego przybrała wyraz trwożnej czci. Spuścił ku ziemi dumne spojrzenie. - Dziwne doprawdy czasy - mruknął. - Wcielone sny i legendy wstają spod trawy. Powiedz mi, panie - rzekł głośniej, zwracając się do Aragorna - co cię tu do nas sprowadza? Co znaczą twoje niepojęte słowa? Dawno temu Boromir, syn Denethora, ruszył w świat po wyjaśnienie tej zagadki, a koń, którego mu użyczyliśmy, wrócił bez jeźdźca. Jaki los przyszedłeś nam zwiastować? - Zwiastuję wam godzinę wyboru - odparł Aragorn. - Powtórz moje słowa Theodenowi, synowi Thengla: czeka go otwarta wojna w szeregach Saurona lub przeciw niemu. Nikt już dziś nie może tak żyć, jak żył dotychczas, i mało kto zachowa to, co uważa za swoją własność. Lecz o tych doniosłych sprawach porozmawiamy później. Jeżeli nic nie stanie na przeszkodzie, sam odwiedzę waszego króla. W tej chwili jestem w ciężkiej potrzebie i proszę o pomoc albo przynajmniej o radę. Jak już mówiłem, ścigamy orków, którzy porwali naszych przyjaciół. Co możesz mi o tej bandzie powiedzieć? - Możesz zaniechać dalszego pościgu - odparł Eomer. - Banda jest już rozgromiona. - A nasi przyjaciele? - Nie widzieliśmy innych istot prócz orków. - Dziwne, bardzo dziwne - rzekł Aragorn. - Czy szukaliście wśród poległych? czy na pobojowisku nie było innych trupów prócz orków? Nasi przyjaciele są małego wzrostu, mogliby wydać się dziećmi; nie noszą obuwia, płaszcze mieli szare. - Nie było tam krasnoludów ani dzieci - odparł Eomer. - Przeliczyliśmy poległych i zabraliśmy broń oraz łupy, potem zaś zgromadziliśmy trupy na stos i spalili, wedle zwyczaju. Popioły jeszcze dymią. - Nie chodzi o krasnoludów ani o dzieci - odezwał się Gimli. - Nasi przyjaciele to hobbici. - Hobbici? - zdziwił się Eomer. - A co to takiego? Pierwszy raz słyszę tę dziwną nazwę. - Dziwna nazwa dziwnego plemienia - powiedział Gimli. - Lecz ci dwaj są nam bardzo drodzy. Może słyszeliście w Rohanie o przepowiedni, która zaniepokoiła władcę z Minas Tirith. Jest w niej mowa o niziołkach. To właśnie hobbici. - Niziołki! - zaśmiał się jeździec stojący obok Eomera. - Niziołki! Ależ te stworzonka istnieją tylko w starych pieśniach i bajkach, przyniesionych z północy. Czy znaleźliśmy się w świecie legend, czy też chodzimy po zielonej ziemi, w blasku dnia? - Można żyć w obu tych światach naraz - rzekł Aragorn. - Bo nie my, lecz ci, co przyjdą po nas, stworzą legendę naszych czasów. Zielona ziemia, powiadasz? Jest w niej wiele tematów dla legendy, chociaż ją depczesz w pełnym blasku dnia. - Nie ma czasu do stracenia - rzekł jeździec nie zważając na Aragorna. - Trzeba spieszyć na południe, wodzu. Zostawmy tych dziwaków razem z ich mrzonkami. Albo też zwiążmy ich i zawieźmy do króla. - Milcz, Eothainie! - rozkazał mu Eomer w języku Rohanu. - Chcę porozmawiać z nimi sam. Niech mój eored zbierze się na ścieżce i przygotuje do odmarszu w kierunku Brodu Entów. Mrucząc coś pod nosem Eothain oddalił się i przekazał rozkaz oddziałowi. Po chwili Eomer został sam z trzema wędrowcami. - To, cos mi rzekł, Aragornie, zdaje się bardzo dziwne - powiedział. - A jednak mówisz prawdę, nie wątpię o tym. Ludzie z Marchii nie kłamią, toteż niełatwo dają się oszukać. Lecz nie powiedziałeś mi całej prawdy. Czy zechcesz teraz rzec mi coś więcej o celu waszej wyprawy, abym mógł osądzić, co mi wypada uczynić? - Wyruszyłem z Imladris, jak nazywają ten kraj stare pieśni, przed wielu tygodniami - odparł Aragorn. - Był ze mną Boromir, rycerz z Minas Tirith. Zamierzałem towarzyszyć synowi Denethora do jego rodzinnego grodu, by pomóc temu plemieniu w wojnie z Sauronem. Ale reszta drużyny, z którą wędrowałem, miała inne zadania do spełnienia. O tym dziś nie wolno mi jeszcze mówić. Naszym przywódcą był Gandalf Szary. - Gandalf! - zakrzyknął Eomer. - Gandalf Szary znany jest w Marchii. Muszę cię wszakże przestrzec, że jego imię już nie otwiera drogi do łask króla. Gandalf gościł w naszym kraju wielekroć za pamięci ludzkiej, zjawiając się wedle woli, czasem parę razy do roku, czasem raz na wiele lat. Zawsze był zwiastunem niezwykłych zdarzeń, a jak teraz niektórzy twierdzą, przynosił nieszczęście. To prawda, że od ostatnich jego odwiedzin tego lata sypnęły się na nas niepowodzenia. Wówczas to zaczęły się kłopoty z Sarumanem. Przedtem zaliczaliśmy go do naszych przyjaciół, lecz przybył Gandalf i ostrzegł nas, że Isengard kipi od przygotowań wojennych i że Saruman knuje napaść. Opowiadał, że był więziony w wieży Orthank i ledwie uszedł z życiem. Błagał o pomoc, ale Theoden nie chciał go wysłuchać, więc Czarodziej opuścił nasz kraj. Nie wymawiaj imienia Gandalfa w obecności Theodena. Król jest na niego zagniewany. Gandalf bowiem wziął sobie z królewskich stajen wierzchowca, zwanego Gryfem, perłę królewskiej stadniny, z rasy Mearasów, które tylko władcom Marchii wolno dosiadać. Gryf jest potomkiem sławnego konia Eorla, który znał ludzką mowę. Przed tygodniem Gryf wrócił, lecz to nie ugasiło gniewu króla, bo koń zdziczał i nie daje do siebie przystępu nikomu. - A więc Gryf sam trafił do domu z dalekiej północy - rzekł Aragorn - bo tam Gandalf rozstał się ze swym wierzchowcem. Niestety! Gandalf już nigdy go nie dosiądzie. padłw ciemne otchłanie kopalni Morii i już się z nich nie wydostał na światło dzienne. - Smutna to nowina - rzekł Eomer. - Smutna przynajmniej dla mnie i dla wielu spośród nas, lecz nie dla wszystkich, jak się zresztą przekonasz, gdy odwiedzisz królewski dwór. - Nikt w waszym kraju pojąć nie zdoła, jak bardzo martwić się trzeba tą nowiną, chociaż jej skutki pewnie każdy z was odczuje boleśnie, zanim ten rok upłynie - rzekł Aragorn. - lecz gdy wielcy polegną, mniejsi muszą zastąpić ich na czele pochodu. Mnie przypadło w udziale prowadzić drużynę przez całą daleką drogę z Morii. Szliśmy przez Lorien - kraj, o którym powinieneś dowiedzieć się czegoś więcej, nim zechcesz znów o nim mówić. A potem wiele mil przepłynęliśmy Wielką Rzeką aż do wodogrzmotów Rauros. Tam właśnie Boromir poległ z rąk tych samych orków, których wyście dzisiaj rozgromili. - Same żałobne wieści przynosisz nam, Aragornie! - wykrzyknął Eomer z rozpaczą. - Śmierć Boromira to cios dla Minas Tirith i dla nas wszystkich. Mężny to był rycerz, powszechnie go sławiono. Rzadko odwiedzał Marchię, bo wiele czasu poświęcił wojnom na wschodniej granicy, lecz spotkałem się z nim kiedyś. Bardziej mi się wydał podobny do porywczych synów Eorla niż do statecznych mężów z Gondoru, i pewnie okazałby się wielkim wodzem swego plemienia, gdyby doczekał swojej kolei i objął przywództwo. Nie pojmuję, dlaczego z Gondoru nie doszły nas żadne wieści o tym nieszczęściu. jak dawno się to stało? - Dziś mija czwarty dzień od śmierci Boromira - odparł Aragorn - a my wyruszyliśmy spod Tol Brandir wieczorem tego pamiętnego dnia. - pieszo? - zakrzyknął Eomer. - Tak jak nas widzisz. Eomer ze zdumienia szeroko otworzył oczy. - Obieżyświat to zbyt skromne przezwisko, synu Arathorna - powiedział. - ja bym cię raczej nazwał Skrzydlatym. O tym marszu trzech przyjaciół bardowie powinni śpiewać pieśni podczas rycerskich uczt. W niespełna cztery doby przemierzyliście nogami czterdzieści pięć staj. Dzielny jest ród Elendila! Teraz jednak powiedz mi, Aragornie, czego ode mnie żądasz? Trzeba mi bowiem co tchu wracać do Theodena. W obecności moich podwładnych musiałem mówić oględnie. Prawdę rzekłem, nie jesteśmy w otwartej wojnie z Czarnym Krajem i są na dworze nikczemni doradcy, którzy mają dostęp do królewskich uszu. Lecz wojna wisi w powietrzu. Nie zaprzemy się prastarego sojuszu z plemieniem Gondoru i gdy nasi sprzymierzeńcy walczą, przyjdziemy im z pomocą. tak ja powiadam i tak myślą wszyscy, którzy ze mną trzymają. Jako Trzeci Marszałek mam zleconą pieczę nad Wschodnią Marchią. kazałem nasze stada i pasterzy usunąć za Rzekę Entów; tu zostaną tylko straże i zwiadowcy. - A więc nie płacicie haraczu Sauronowi? - spytał Gimli. - Nie, i nigdy nie płaciliśmy - odparł Eomer z błyskiem w oczach. - Doszło do moich uszu, że ktoś to kłamstwo rozsiewa po świecie. Przed kilku laty władca Czarnego Kraju chciał kupić od nas konie i ofiarował za nie wielką cenę, lecz odmówiliśmy, bo zwierzęta zmusza do służenia złej sprawie. Wówczas nasłał bandy orków, które od tej pory rabują, co im w rękę wpadnie, a najchętniej porywają konie czarnej maści, tak że niewiele nam ich pozostało. To właśnie jest powodem naszej zawziętej nienawiści do orków. W tej chwili jednak najgorszych kłopotów przysparza nam Saruman. Rości sobie prawa do władzy nad całym tym obszarem i od kilku miesięcy toczymy z nim wojnę. Wziął na żołd orków, wilkołaków i złych ludzi, zamknął przed nami Bramę Rohanu, tak że znaleźliśmy się jak w kleszczach, osaczeni i od zachodu, i od wschodu. Trudno walczyć z takim przeciwnikiem. Saruman jest przecież czarodziejem, chytrym i biegłym w swej sztuce, umie przedzierzgać się w różne postacie. Mówią, że włóczy się to tu, to tam, przebrany za starca w kapturze i płaszczu; bardzo przypomina z pozoru Gandalfa, jak twierdzą ci, co go pamiętają. Jego szpiedzy potrafią się prześliznąć przez wszystkie nasze sieci, złowróżbne ptaki, które mu służą, latają ustawicznie nad naszym krajem. Nie wiem, na czym się to skończy, ale w głębi serca dręczą mnie złe przeczucia; jeżeli się nie mylę, nie tylko w Isengardzie ma Saruman sojuszników. Sam zresztą przekonasz się, gdy odwiedzisz królewski dwór. Czy odwiedzisz go? Czy też łudzę się tylko nadzieją, że przysłano cię tutaj, abyś mnie poratował w rozterce i ciężkiej potrzebie? - Stawię się na dworze króla Theodena, jak tylko będę mógł - rzekł Aragorn. - Jedź zaraz - prosił Eomer. - Dziedzic Elendila będzie dla synów Eorla potężnym sprzymierzeńcem w tych groźnych czasach. Na polach Zachodniego Emnetu wre w tej chwili bitwa, boję się, że ją przegramy. Wyznam ci, że podjąłem tę wyprawę na północ bez wiedzy króla, gdy ja bowiem ze swym oddziałem opuściłem stolicę, została tam tylko nieliczna straż. Ale zwiadowcy przestrzegli mnie, że banda orków przed trzema dniami zeszła na nasze pola ze Wschodniego Muru i że niektórzy z napastników noszą biełe godło Sarumana. Podejrzewając, że stało się to, czego najbardziej się lękam, to znaczy, że między Orthankiem a Czarną Wieżą zawarty został sojusz, ruszyłem na czele eoredu, oddziału złożonego z moich domowników i sług. Dwa dni temu o zmierzchu wytropiliśmy orków w pobliżu Lasu Entów. Okrążyliśmy bandę i wczoraj o świcie stoczyliśmy z nią bitwę. Straciłem w boju piętnastu ludzi i dwanaście koni. Niestety. Banda okazała się liczniejsza, niż przewidywałem. Nowe posiłki nadciągnęły bowiem ze wschodu, zza Wielkiej Rzeki, jak świadczy wyraźny ślad, który odkrylismy nieco dalej na północ stąd. Inne bandy przyszły też na pomoc swoim od strony lasu: orkowie - olbrzymy, również znaczone białym godłem Isengardu, a to jest szczep najgroźniejszy i najdzikszy. Mimo wszystko rozbiliśmy ich w puch. Lecz za długo już bawimy w tych okolicach. Jesteśmy potrzebni na południu i na zachodzie. Jedź z nami. Jak widziałeś, mamy luźne konie. Twój miecz nie będzie próżnował. Tak, przyda się również topór Gimlego i łuk Legolasa, jeśli twoi przyjaciele zechcą mi wybaczyć zbyt pochopny sąd o Leśnej Pani. Powtórzyłem jedynie to, co wszyscy o niej mówią w naszym kraju, lecz chętnie zmienię zdanie, jeśli od was dowiem się, że błądziłem. - Dzięki za te szlachetne słowa - rzekł Aragorn. - Z serca pragnąłbym iść z tobą, ale nie mogę opuścić przyjaciół, póki zostaje choć cień nadziei, że zdołam ich ocalić. - Porzuć nadzieję - odparł Eomer. - Nie odnajdziesz swoich druhów na tym północnym pograniczu. - A jednak nasi przyjaciele nie zostali nigdzie po drodze. Opodal Wschodniego Muru znaleźliśmy niewątpliwy dowód, że przynajmniej jeden żył jeszcze wówczas i przechodził tamtędy. Lecz między ścianą górską, a tym płaskowzgórzem nigdzie nie natrafiliśmy na żaden ślad, nikt też nie odłączył się od oddziału i nie zszedł w bok od szlaku, chyba że zawodzi mnie sztuka odczytywania tropów, w której ćwiczyłem się z dawna. - Cóż więc mogło się z nimi stać? - Nie wiem. Myślałem, że zginęli w zamęcie bitwy i ciała ich razem z trupami orków spłonęły na stosie. Lecz skoro ty powiadasz, że to niemożliwe, wyzbyłem się tej obawy. Wolno mi przypuszczać, że zawleczono ich do lasu jeszcze przed bitwą, zanim twój oddział otoczył bandę. Czy mógłbyś przysiąc, że z twoich sieci nie wymknęła się w ten sposób żywa dusza? - Przysięgnę, że ani jeden ork nie wyśliznął się nam od chwili, gdy wypatrzyliśmy bandę - rzekł Eomer. - Wcześniej niż orkowie dotarliśmy na skraj lasu, potem zaś nie mógł przedrzeć się przez pierścień moich żołnierzy nikt, kto nie umie czarować jak elfy. - Nasi druhowie mieli takie same płaszcze jak my - powiedział Aragorn. - A nas przecież minąłeś w biały dzień nie podejrzewając wcale naszej obecności. - tak, o tym zapomniałem - przyznał Eomer. - Wśród tylu dziwów za nic ręczyć nie można. Niepojęte rzeczy dzieją się teraz na świecie. Elf z krasnoludem w parze wędruje przez nasze stepy. Człowiek, który rozmawiał z Leśną Panią, stoi przede mną żywy i cały. Miecz złamany przed laty, zanim ojcowie naszych ojców przybyli do Marchii, wraca, aby znów wojować. Jak w takich osobliwych czasach rozeznać, co się człowiekowi godzi czynić? - W osobliwych czasach, tak samo jak w zwykłych, wiadomo, co się godzi - rzekł Aragorn. - Dobro i zło nie zmienia się z biegiem lat. I to samo oznacza dla ludzi co dla krasnoludów albo elfów. Człowiek musi między dobrem i złem wybierać zarówno we własnym domu jak w Złotym Lesie. - Prawdę mówisz - rzekł Eomer. - Lecz nie o tobie wątpiłem ani o wyborze mego serca. Nie wolno mi jednak postępować tak, jak bym sam pragnął. Prawo nasze zabrania cudzoziemcom wędrować na własną rękę po tym kraju, chyba że król da im na to pozwolenie. W dzisiejszych groźnych czasach zakaz przestrzegany jest bardziej niż kiedykolwiek surowo. Prosiłem was, byście zgodzili się dobrowolnie iść z nami, lecz odmawiacie. Wzdragam się przed wszczęciem bitwy w stu ludzi przeciw trzem obcoplemieńcom. - Nie sądzę, aby wasze prawo dotyczyło naszego przypadku - odparł Aragorn. - Nie jestem też dla was obcoplemieńcem. Bywałem w tym kraju nieraz, walczyłem w szeregach Rohirrimów, chociaż pod innym imieniem i w innym stroju. Z tobą nie spotkaliśmy się dotychczas, ale znałem twojego ojca Eomunda i rozmawiałem z Theodenem, synem Thengla. Nie mogło się za dawnych lat zdarzyć, by szlachetny mąż i dostojnik Rohanu zmuszał kogokolwiek do odstąpienia od takich zamiarów, jakie ja żywię. Mój obowiązek jest jasny: wytrwam przy nim. A ty, synu Eomunda, rozstrzygnij wreszcie, co wybierasz. Pomóż nam albo przynajmniej zostaw nam wolność. Albo spróbuj postąpić wedle prawa. Jeśli to zrobisz, ubędzie obrońców waszych granic i króla. Eomer chwilę namyślał się, w końcu rzekł: - Obaj nie mamy czasu do stracenia. Mój oddział niecierpliwi się, by ruszać w dalszą drogę, a twoja nadzieja z każdą chwilą blednie. Toteż dokonałem wyboru. Odejdziecie wolni. Co więcej, użyczę wam koni. Proszę tylko o jedno: gdy spełnisz swoje zadanie lub gdy przekonasz się, że dalsze wysiłki są daremne, przybądź wraz z końmi do Meduseld, wielkiego domu w grodzie Edoras, obecnej siedzibie Theodena. W ten sposób dasz królowi dowód, że nie pobłądziłem w wyborze. Twemu słowu zawierzam moje dobre imię, może nawet życie. Nie zawiedź mnie. - Nie zawiodę - odparł Aragorn. Rohirrimowie z oddziału Eomera zdumieli się, gdy dowódca kazał oddać zbywające konie trzem obcoplemieńcom; ten i ów patrzał na intruzów inieufnie spode łba, lecz tylko Eothain ośmielił się odezwać głośno: - Godzi się może dać wierzchowca temu dostojnemu panu, który, jak powiada, należy do plemienia Gondoru - rzekł - ale nikt jeszcze nie słyszał, żeby konia z Marchii dosiadał krasnolud. - Nikt nie słyszał i nigdy nie usłyszy, bądź spokojny - odparł Gimli. - Wolę chodzić piechotą, niż wdrapywać się na grzbiet takiego wielkiego zwierzaka, nawet gdybyś mnie prosił, a tym bardziej jeśli mi go żałujesz. - Musisz się zgodzić, inaczej opóźniałbyś pościg - rzekł Aragorn. - Nie trap się, Gimli, przyjacielu - powiedział Legolas. - Siądziesz na jednego konia ze mną. Tak będzie najlepiej. Nie tobie Rohirrimowie pożyczą wierzchowca i nie ty będziesz się z nim parał. Aragorn dosiadł zaraz konia szpakowatej maści, którego mu przyprowadzono. - Wabi się Hasufel - wyjaśnił Eomer. - Niech ci służy dobrze i z większym szczęściem niż poprzedniemu panu, Garulfowi. Mniejszy i lżejszy wierzchowiec, ofiarowany Legolasowi, zdawał się narowisty i płochliwy. Na imię miał Arod. Legolas poprosił jednak Rohirrimów, żeby zdjęli z niego siodło i uzdę. - Mnie tego nie potrzeba - rzekł wskakując lekko na koński grzbiet. Ku powszechnemu zdumieniu Arod nie tylko dał się Legolasowi dosiąść bez oporu, lecz na jedno jego słowo posłusznie spełniał wszelkie życzenia. Tak bowiem elfy obłaskawiają każde szlachetne zwierzę. Kiedy z kolei Gimlego posadzono na konia, krasnolud przylgnął do przyjaciela, czując się równie nieswojo jak niegdyś Sam Gamgee w łodzi. - Szczęśliwej drogi, obyście znaleźli swoją zgubę! - zawołał Eomer. - A wracajcie jak najprędzej i niech odtąd nasze miecze błyszczą już zawsze w jednym szeregu! - Wrócę! - odkrzyknął Aragorn. - ja także - powiedział Gimli. - Jeszcześmy z tobą nie skończyli rozmowy o Leśnej Pani. Muszę wrócić, żeby cię nauczyć grzeczności. - Zobaczymy - odparł Eomer. - Tyle dziwnych rzeczy zdarzyło się ostatnimi czasy, że może nie powinienem się dziwić, jeśli krasnolud toporkiem chce mi wbijać do głowy cześć dla pięknych pań. Wracaj zdrowy! Tak się rozstali. Ścigłe były konie ze stadnin Rohanu. Gdy po krótkiej chwili Gimli rzucił okiem wstecz, oddział Eomera ledwie było widać na widnokręgu. Aragorn nie oglądał się za siebie; mimo pędu pilnie wypatrywał znaków na ziemi i cwałował pochylony, z głową na szyi Hasufela. Wkrótce mknęli brzegiem Rzeki Entów i tu odnaleźli wydeptany ze wschodu, od płaskowyżu, drugi szlak, o którym wspominał Eomer. Aragorn zsiadł z konia i z bliska przyjrzał się tropom, potem znów wskoczył na siodło i odjechał w bok ku wschodowi, trzymając się wciąż skraju wydeptanego szlaku i uważając, by nie zatrzeć śladów. Raz jeszcze zsiadł, zbadał dokładnie grunt i przeszedł kawałek drogi tam i z powrotem piechotą. - Niewiele się dowiedziałem - rzekł powróciwszy do towarzyszy. - Na głównym szlaku jeźdźcy Rohanu zatarli kopytami koni ślady orków. Stąd banda ciągnęła chyba w dalszą drogę bliżej rzeki. Lecz trop od wschodu jest świeży i wyraźny. Żaden ślad nie wskazuje, by ktoś zawrócił nad Anduinę. Trzeba teraz jechać wolniej i upewnić się, czy nigdzie nie widać śladów odchodzących w bok od gromady. Orkowie, gdy tu doszli, musieli już wiedzieć, że są ścigani; możliwe, że próbowali pozbyć się jeńców lub zabezpieczyć ich w jakiś sposób, nim stawili czoło przeciwnikom. Tymczasem pogoda zaczęła się psuć. Niskie szare chmury nadpłynęły znad płaskowyżu. Mgła przesłoniła słońce. Leśne stoki Fangornu majaczyły coraz bliżej i coraz ciemniejsze, w miarę jak słońce chyliło się ku zachodowi. Nie spostrzegli nigdzie śladów oddalających się od szlaku w prawo czy w lewo, tylko tu i ówdzie natykali się na trupy pojedynczych orków, których śmierć zaskoczyła w ucieczce; siwe pióra strzał sterczały im z pleców lub gardzieli. Wreszcie, dobrze już pod wieczór, dotarli do skraju lasu i na otwartej polanie między pierwszymi drzewami Fangornu ujrzeli wielkie pogorzelisko; popioły były jeszcze gorące i dymiły. Opodal piętrzył się stos hełmów, zbroi, strzaskanych tarcz, połamanych mieczy, łuków, strzał, dzid i wszelkiego wojennego rynsztunku. Pośródku tkwił zatknięty na pal ogromy łeb goblina; białe godło można było jeszcze rozróżnić na popękanym hełmie. Nieco dalej, w miejscu, gdzie rzeka wypływała z lasu, wznosił się kurhan, dopiero co, widać, usypany; bo nagą ziemię okrywała świeżo wycięta darń, w którą wbito piętnaście włóczni. Aragorn wraz z przyjaciółmi przeszukał dokładnie teren w szerokim promieniu wokół pobojowiska, lecz już zmierzchało się i wkrótce wieczór zapadł ciemny i mglisty. Noc nadeszła, a nie odkryli jeszcze śladu po Meriadoku i Pippinie. - Nic więcej nie da się zrobić - rzekł ze smutkiem Gimli. - Niemało zagadek napotkaliśmy, odkąd wyszliśmy spod Tol Brandir, ale ta wydaje się jeszcze trudniejsza do rozwiązania niż wszystkie poprzednie. Myślę, że spalone kości hobbitów zmieszały się z popiołami orków. Bolesna to będzie nowina dla Froda, jeśli dożyje, by się o niej dowiedzieć; bolesna też dla starego hobbita, który czeka w Rivendell. Elrond sprzeciwiał się udziałowi tych dwóch młodzików w wyprawie. - Ale Gandalf był za tym, żeby ich zabrać - powiedział Legolas. - Sam Gandalf też chciał iść z anmi, a pierwszy zginął - odparł Gimli. - Zawiodło go jasnowidzenie. - Gandalf nie opierał swoich rad na pewności bezpieczeństwa dla siebie ani dla innych - rzekł Aragorn. - Są zadania, które lepiej podjąć niż odrzucić, choćby u ich kresu czekała zguba. Ale nie zgodzę się jeszcze stąd odejść. Zresztą musimy i tak czekać do świtu. Opodal pobojowiska wybrali na nocleg miejsce pod rozłożystym drzewem, które wyglądało trochę jak kasztan, lecz zachowało do tej pory mnóstwo zeszłorocznych liści, dużych i brunatnych, podobnych do wyschłych dłoni o długich, rozcapierzonych palcach. Gałęzie szeleściły żałośnie w podmuchach nocnego wiatru. Gimlim dreszcz wstrząsnął. Mieli z sobą ledwie po jednym kocu. - Rozpalmy ognisko - rzekł krasnolud. - Nie dbam już o niebezpieczeństwo. Niech się orkowie zlecą jak ćmy do świecy. - Jeżeli ci biedni hobbici błąkają się po lesie, ogień mógłby ich do nas ściągnąć - poparł przyjaciela Legolas. - Mógłby nam ściągnąć na kark inne jeszcze stwory prócz orków i hobbitów - powiedział Aragorn. - Niedaleko stąd do podgórskich dziedzin zdrajcy Sarumana. Siedzimy na skraju Fangornu, a podobno niebezpiecznie jest ruszać drzewa w tym lesie. - Rohirrimowie wczoraj zapalili ogromny stos - odparł Gimli - i zrąbali, jak widać, sporo drzew na to ognisko. Spędzili jednak noc spokojnie obozując tutaj po bitwie. - Byli w licznej kompanii - rzekł Aragorn - i niestraszny im gniew Fangornu, bo rzadko się tu zapuszczają, a między drzewa nie wchodzą nigdy. Lecz nas droga pewnie zaprowadzi w samo serce lasu. Lepiej bądźmy ostrożni. Nie tykajmy żywych drzew. - Nie ma potrzeby - odparł Gimli. - Rohirrimowie zostawili dość drew i chrustu, pełno też na ziemi suchych gałęzi. Zaraz też ruszył zbierać susz, a potem zajął się ułożeniem stosu i rozpaleniem ogniska; Aragorn siedział tymczasem oparty plecami o potężny pień i rozmyślał w milczeniu, Legolas zaś stał nieco dalej na otwartej przestrzeni i, wychylony naprzód, czujnie wpatrywał się w ciemną głąb lasu, jakby nasłuchując głosów wzywających z oddali. Kiedy krasnolud skrzesał iskrę i mały stos rozbłysnął jasnym płomieniem, wszyscy trzej obsiedli ognisko i skulili się nad nim w płaszczach i kapturach, odgradzając własnymi osobami blask od nocy. Legolas podniósł głowę ku rozłożonej w górze koronie drzewa. - Spójrzcie! - powiedział. - Drzewo ciszy się z ognia. Może tańczące cienie łudziły ich wzrok, lecz wszyscy trzej mieli wrażenie, że gałęzie chylą się ku płomieniom, że drzewo przygina konary, aby je zbliżyć do ogniska; brunatne liście zesztywniały i ocierały się o siebie, jak tłum zziębniętych, szorstkich dłoni stęsknionych do ciepła. Zapadła cisza, bo nagle podróżni odczuli mrok bliskiego a nieznanego lasu jak obecność jakiejś wielkiej, posępnej osoby, zadumanej o własnych sprawach. po chwili odezwał się znów Legolas. - Keleborn ostrzegał, żebyśmy nie zapuszczali się w głąb Fangornu - rzekł. - Czy nie wiesz, dlaczego, Aragornie? jakie legendy o tych lasach znał Boromir? - Wiele różnych legend słyszałem w Gondorze - odparł Aragorn. - Lecz gdyby nie przestrogi Keleborna, uważałbym je wszystkie za bajki, szerzące się wśród ludzi, odkąd utracili mądrość prawdziwą. Właśnie chciałem ciebie zapytać, ile jest prawdy w tych opowieściach. Jeżeli leśny elf nie wie tego, jakże człowiek mógłby go pouczyć? - Więcej świata przewędrowałeś niż ja - rzekł Legolas. - W mojej ojczyźnie nic o Fangornie nie mówiono, śpiewano tylko pieśni o dawnych tutejszych mieszkańcach, onodrimach, których ludzie zwą entami. Fangorn bowiem jest lasem bardzo starym, nawet wedle rachuby czasu elfów. - Tak, jest równie stary jak las za Kurhanem, a znacznie od niego większy. Elrond powiada, że istnieje między nimi więź rodzinna; oba stanowią ostatnie bastiony potęgi leśnej z Dawnych Dni, kiedy Pierworodni wędrowali po świecie, a plemię ludzi jeszcze spało. Ale Fangorn ma jakiś własny sekret. Jaki - tego nie wiem. - A ja wcale wiedzieć nie chcę - rzekł Gimli. - Ktokolwiek tam mieszka, z mojej strony niech się nie obawia ciekawości. Pociągnęli losy, żeby ustalić kolejność straży. Pierwsza warta przypadła Gimlemu. Aragorn i Legolas położyli się i zaraz sen ich zmorzył. - Pamiętaj, Gimli - mruknął jeszcze sennie Aragorn - że niebezpiecznie jest obcinać gałęzie czy bodaj gałązki z żywych drzew Fangornu. Nie zapuszczaj się też dalej w las po chrust. Nawet gdyby ogień miał zgasnąć. A w razie czego, zbudź mnie. Z tymi słowami usnął. Legolas leżał bez ruchu na wznak, białe ręce skrzyżował na piersiach, oczy miał otwarte; elfy bowiem w najgłębszym śnie zespalają się z życiem nocy. Gimli przycupnął koło ogniska i w zamyśleniu głaskał ostrze toporka. Liście szeleściły. Poza tym nic nie mąciło ciszy. Nagle Gimli podniósł wzrok. Tam, gdzie światło bijące od ogniska wsiąkało w mrok, majaczyła sylwetka zgarbionego starca, opartego na lasce, otulonego płaszczem; szerokoskrzydły kapelusz miał wciśnięty głęboko na oczy. Gimli skoczył na równe nogi. W pierwszym momencie ze zdumienia nie mógł głosu dobyć, chociaż od razu błysnęła mu myśl, ze to Saruman wytropił ich obozowisko. Zbudzeni gwałtownym ruchem krasnoluda, Aragorn i Legolas usiedli na ziemi i wbili wzrok w zagadkową postać. Starzec nie odzywał się ani nie dawał żadnych znaków. - Czego wam potrzeba, dziadku? - spytał Aragorn zrywając się szybko. - Zmarzliście może, podejdźcie, ogrzejecie się przy ogniu. - Zrobił krok naprzód, ale starzec już zniknął. Nigdzie w pobliżu nie mogli go wypatrzyć, a dalej nie śmieli zapuszczać się w ciemności. Księżyc zaszedł i noc była czarna jak smoła. Nagle Legolas krzyknął: - Konie! Konie! Konie uciekły. Wyrwały paliki, do których były przywiązane, i zbiegły. Przez długą chwilę przyjaciele stali bez ruchu i bez słowa, ogłuszeni tym nowym ciosem. Byli oto na skraju Fangornu, niezmierzony step dzielił ich od ludzi z Rohanu, jedynych sprzymierzeńców w całej tej rozległej, niebezpiecznej krainie. W pewnej chwili wydało im się, że z daleka, z nocnych mroków dobiega rżenie i prychanie koni. Potem znów wszystko ucichło, tylko zimny wiatr szeleścił wśród liści. - Stało się, konie umknęły - rzekł wreszcie Aragorn. - Ani ich znaleźć, ani dogonić nie zdołamy. Jeśli więc nie wrócą z własnej woli, musimy się bez nich obejść. Wyruszyliśmy pieszo, a nogi na szczęście nam zostały. - Nogi? - powiedział Gimli. - Nogi może nas poniosą, ale na pewno nie nakarmią. Dorzucił parę gałązek do ognia i skulił się znów przy nim. - Zaledwie kilka godzin temu nie chciałeś dosiąść wierzchowca Rohirrimów - zaśmiał się Legolas. - Widzę, że jeszcze z ciebie będzie jeździec zawołany. - Wątpię, czy zdarzy się po temu sposobność - odparł Gimli. A po dłuższej chwili dodał: - Jeśli chcecie wiedzieć, co myślę, to wam powiem: myślę, że to był Saruman. Bo któż inny? Nie zapominajcie, co mówił Eomer, że włóczy się po kraju w postaci staruszka w płaszczu z kapturem. Wszystko się zgadza. Zabrał nam konie albo je spłoszył i popędził w step. Pięknie teraz wyglądamy. Zapamiętajcie moje słowa, nie skończą się na tym nasze kłopoty. - Zapamiętam twoje słowa - rzekł Aragorn - ale zapamiętałem też coś innego: nasz staruszek miał na głowie kapelusz, a nie kaptur. Mimo to przypuszczam, że masz rację i że grozi nam tutaj niebezpieczeństwo we dnie i w nocy. Tymczasem jednak nic lepszego nie możemy zrobić, jak odpocząć, póki się da. Z kolei ja będę trzymał straż, a ty, Gimli, idź spać. Mnie bardziej trzeba chwili namysłu niż snu. Noc wlokła się leniwie. Po Aragornie objął wartę Legolas, którego zastąpił znów Gimli, i tak czuwali na zmianę. Nic się jednak nie zdarzyło do rana. Staruszek nie pokazał się więcej, konie zaś nie wróciły.




© Grzesio, 2020.

Poprzedni